Co to musiała być za wewnętrzna bitwa! Dzwonić już teraz, czy poczekać parę dni? Jak to odbierze Władek? Co powiedzieć? Zacząć po polsku czy w jego języku? Czekać na wyniki czy nie?

Ostatecznie prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu można w sumie pogratulować. Wytrzymał. Nie zadzwonił do Putina od razu. Sporo ryzykował, że jego trzydniowa zwłoka zostanie w Moskwie odebrana jako afront. Na szczęście naprawił to odpowiednim komunikatem. Krótkim, ale treściwym.

Dowiedzieliśmy się, że polski prezydent pogratulował Putinowi zwycięstwa w wyborach. I – co najważniejsze – podkreślił, że

Polska i Rosja w ostatnich latach potrafiły nawiązać dialog, który służy rozwiązywaniu spraw trudnych i budowaniu współpracy dwustronnej.

Ten „dialog” i „współpracę” szczególnie dobrze widać w kontrakcie gazowym i całej polityce Gazpromu zmierzającej (niezwykle skutecznie) do eliminacji Polski jako kraju tranzytowego oraz zablokowania wydobycia nad Wisłą gazu łupkowego. Widać go w retorycznej i faktycznej polityce militarnej Rosji, dozbrajającej Białoruś i stawiającej rakiety w Kaliningradzie oraz po wschodniej stronie granicy biegnącej przez Puszczę Białowieską. Widać w katyńskich dokumentach trzymanych na Łubiance już 72 rok. Widać też na płycie smoleńskiego lotniska, gdzie leży najdobitniejszy symbol tej „współpracy”.

Jaki ma sens trąbienie wszystkich niezależnych rosyjskich organizacji o fałszowaniu wyborów, jeśli przywódcy innych krajów tę szopkę organizowaną przez radzieckiego pułkownika KGB sankcjonują? Gratulując oficjalnie uzyskanych wyników odbierają tym organizacjom głos, ładują kit w szczelinę, która w ostatnich miesiącach pojawiła się w rosyjskiej pół-dyktaturze.

Przypomnijmy – kilka tysięcy przypadków łamania prawa wyborczego, wożenie wyborców autobusami od lokalu do lokalu, uniemożliwienie startowania prawdziwie niezależnych kandydatów – tak wyglądał wyścig zorganizowany przez Putina. Rosyjskie wybory idealnie oddaje satyryczny filmik krążący po sieci, w którym sprinter z głową Władimira Władymirowicza z uśmiechem odstrzeliwuje (dosłownie) innych biegaczy, a do mety nie musi nawet dobiegać, bo szarfa jest przesuwana w jego kierunku.

Czy Bronisław Komorowski musiał dzwonić do Putina? Nie, ale wtedy złamałby tę nietuzinkową taktykę stosowaną przez polskie władze na kierunku wschodnim: nie drażnić Rosji, udawać przed własnym narodem, że się liczymy, siedzieć cicho i modlić się o spokój.

Dr Przemysław Żurawski vel Grajewski słusznie uważa, że Polska jest – za zgodą naszego rządu – przez Rosję marginalizowana i to zjawisko będzie się nasilać.

Politolog powiedział dla Stefczyk.info:

Francuzi sprzedają Rosji broń (mistrale), Niemcy budują centrum szkolenia bojowego armii rosyjskiej pod Niżnym Nowogrodem (porozumienia z czerwca 2011 r.). A nie wiadomo nic na temat jakiegokolwiek konsultowania tych decyzji z Polską, czy to jako partnerem z Unii, NATO czy z Trójkąta Weimarskiego. A zatem rzekoma silna pozycja Polski polega na tym, że w ogóle nie bierze się jej pod uwagę przy tego typu sprawach. Chyba, że założymy, że Polski nie interesuje transfer wysokiej technologii wojskowej do Rosji. Przy tym dziwnym założeniu moglibyśmy uznać, że wszystko jest w porządku.

Według Żurawskiego vel Grajewskiego to polityka od paru lat realizowana przez nasz rząd, z której zdano sobie sprawę nie tylko na Kremlu. Stąd nie zabiega się już o poparcie Polski w ważnych sprawach, lecz tam, gdzie zapadają decyzje.

Najwyraźniej dla polskiego prezydenta wszystko rzeczywiście jest w porządku. Bronisław Komorowski nie przyczynia się do zmiany tej sytuacji dzwoniąc na Kreml i grzecznie się kłaniając po wyborczym teatrzyku Putina.