Czytam nowe stenogramy z zapisów czarnej skrzynki, widzę te wszystkie nowości, zmiany, doprecyzowania i zastanawiam się, dlaczego ci sami krakowscy specjaliści nie mogą wykonać podobnej, choć dużo łatwiejszej pracy nad innym „ważnym dowodem”, jak nazwali go onegdaj prokuratorzy.

Chodzi o film „Samolot płonie” zwany też „filmem Koli” bądź „1:24”. Wiemy, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego pochyliła się nad tym nagraniem, stwierdziła, że jest ono autentyczne, niemontowane i niemanipulowane. Orzekła, że słychać na nim głosy w języku rosyjskim oraz dźwięki brzmiące jak strzały, których pochodzenie wyjaśnić trudno. Stwierdzono też spore szumy wynikłe z podmuchów wiatru i na tym badanie zakończono.

Nie mamy pewności, kto jest autorem tego filmu. Nie wiemy czy autor żyje. Ale jego materiał istnieje. Jest dowodem w śledztwie. Zawiera zagadkowe sceny, które mogą pomóc wyjaśnić, co stało się 10 kwietnia w Smoleńsku.

Dlaczego prokuratura po opisanej wyżej opinii ABW zaprzestała dalszych badań? Dlaczego nie zleciła polskim ekspertom z Instytutu Ekspertyz Sądowych badania tego materiału?

Zaszumienie tego nagrania z pewnością jest dużo mniejsze od tego, co zarejestrował rejestrator Mars-BM w kokpicie TU-154M. Film trwa niespełna półtorej minuty wobec 38 minut zapisu czarnej skrzynki. Nie trzeba sprawdzać, co znajduje się na czterech ścieżkach, bo są tylko dwie, a w zasadzie jedna. Nie trzeba też rozpoznawać głosów, bo nie można przecież będzie przypisać ich komukolwiek.

Ale może udałoby się krakowskim ekspertom ostatecznie potwierdzić bądź zaprzeczyć temu, że kilka minut po katastrofie polskiego rządowego samolotu przy jego wraku ktoś czterokrotnie użył broni palnej? Może udałoby się rozwiać wątpliwości tysięcy ludzi, którzy słyszą na nagraniu brzmiące niepokojąco słowa?

Praca nad filmem ze Smoleńska byłaby krótsza, łatwiejsza i mniej kosztowna niż nad zapisem rejestratora z samolotu.

Zaniechanie zbadania tego dowodu – bo w takich kategoriach śledczy mówili o filmie „samolot płonie” – będzie po prostu niezrozumiałe.