1. W święta Wielkanocne pasowałoby napisać o kurach i o jajkach, ale to już na moim blogu było. napisze więc może o zającach, które też kojarzą się z Wielkanocą, choć nie wiem dlaczego, niech mnie ktoś oświeci.

2. Kury były wszędzie w zagrodzie i wokół niej, a zające były wszędzie w polu. Gdy człowiek wychodził w pole, to już za raz za stodołą, w sadzie, śmigał mu z pod nóg pierwszy zając. A potem następne.
Zajęcy w czasach mojej wiejskiej młodości było pełno.

Zające sobie biegały po polach, coś tam podskubywały i raczej nie sprawiały problemów. No może zimą w sadach czyniły trochę szkody, bo miały ten nieprzyjemny zwyczaj, że obgryzały młode drzewka. W naszym gospodarstwie nie było z tym kłopotu, bo sad był stary, niektóre drzewa pamiętały jeszcze Piłsudskiego i Witosa, a Mikołajczyka wszystkie. Takim drzewom huragany nie były straszne, co dopiero zające.

Z huraganem przesadziłem, W ubiegłym roku mój rodzinny Regnów nawiedził huragan i oprócz skasowania stodoły wyrwał też ostatnie ojcowskie jabłonie, typu szara reneta, boyken i kosztel (kosztele były słodkie, kto je jeszcze pamięta?).

3. Z zającami był jeden poważniejszy problem - ściągały na wieś zarazę.

Chodzi o myśliwych, którzy zjeżdżali z pobliskich, a czasem i odległych miast żeby sobie na zające zapolować. Przyjeżdżali, wchodzili nas chłopskie pole jak na własne, a chłop w zasadzie powinien wtedy spieprzać, żeby go rykoszetem nie trafili.

Albo i i niekoniecznie rykoszetem. W pobliskiej wsi był taki wypadek, że piętnastoletni chłopak kręcący sie w okolicy polowania znalazł ustrzelonego zająca i z go zaanektował. Jakiś zajadły myśliwy zaczął go ścigał. Chłopak schował się w kopcu na ziemniaki, tam myśliwy go dopadł i wystrzelił mu w pierś z dubeltówki. Nie zabił, ale zdrowie odebrał. Coś tam miał za to siedzieć, w końcu chyba dostał karę w zawieszeniu, chyba nawet dubeltówki mu nie odebrali…

4. Ale najgorzej przez zające miały psy, a w porywach także koty.

Szedł człowiek w pole, to pewnie, że brał psa, - co, na łańcuchu miałem go trzymać? Pies szedł zresztą ws pole nie do zabawy, tylko do roboty, krów pilnował, a potem je zganiał do zagrody.

A myśliwi byli bez litości - pies w polu - strzał - trup! Nie raz odbywało się to przy dzieciach, bydlak odrywał tulącego się do nóg dzieci psa i na ich oczach go rozstrzeliwał. Tak bywało!

Jeden myśliwy - niech mu dzisiaj ziemia lekką będzie - wpadł do chałupy za upośledzonym umysłowo dzieciakiem uciekającym z psem, szczeniakiem jeszcze, na rękach. Psinę dzieciakowi wyrwał, wyniósł na podwórko i zastrzelił!

Takie było myślistwo w PRL-u. Czy dzisiaj jest lepsze - obawiam się, że nie. Znam przypadek - myśliwy w Końskich rozstrzelał kilka psów, w tym miesięcznego szczeniaka, którymi opiekował się biedny, bezdomny człowiek, dla którego te psy stanowiły namiastkę rodziny. Pisałem w tej sprawi pisma do prokuratury, do Polskiego Związku Łowieckiego - ale wszyscy po kolei uznali, że myśliwy miał rację. bo psy były groźne. Szczeniak też…

W każdym razie jak gdzieś śpiewają piosenkę „Szła dzieweczka do laseczka” to ja nie śpiewam, bo tam jest fraza o myśliweczku, której nie lubię.

I dlatego między innymi z ulga odszedłem z PSL-u, bo tam się roi od myśliweczków, z Pawlakiem i Żelichowskim na czele. Jako chłopskie dziecko, które uciekało z psami przed lufami flint, nie mogę też być za Komorowskim. Wolę Kaczyńskiego, który myśliwym nie jest, wręcz przeciwnie.

5. Jak byłem dzieciakiem, to miałem psa Puszka, żółtego kudłacza, kiedyś o nim pisałem, to był ten pies, który jeździł rowerem (nie sam, woziłem go na ramie oczywiście).

Otóż Puszek, który chodził ze mną w pole zawsze, a uwiązać go było nie sposób, gdyż wtedy wyciem zanosił takie skargi do całego świata, że uszy pękały i serce - otóż ten Puszek pasjami uwielbiał gonić zające. Marnie mu to wychodziło, bo łapy miał raczej krótkie, długie kudły zaczepiały się o nać kartofli, zając jaja sobie z niego robił, dawno juz zniknął, a Puszek gonił i tropił go wytrwale.

I raz, cholera jasna - wytropił i dogonił, Nie wiem jak ten niezdarny dosyć i powolny pies zabuszował w kartoflach i dumny wywlókł stamtąd w zębach całkiem sporego pozbawionego już życia zająca. Przeraziłem się, bo ani myślałem, żeby z psem kłusować, a tu akurat tak wyszło. Już nawet nie pamiętam, co zrobiłem z upolowanym przez Puszka zającem, mamie go nie dałem, chyba sąsiedzi go zjedli, ja sam zająca nie jadłem nigdy.

A potem miałem chyba zbyt długi język, bo wiadomość o sukcesie Puszka dotarła do koła łowieckiego i usłyszałem od kogoś - pilnuj psa, bo masz na niego wyrok.

Boże - jak ja go wtedy pilnowałem! Przed myśliwymi upilnowałem, ale co z tego - autobus na drodze mi go zabił. Płakałem jak bóbr i przeklinałem, że linię autobusową do Regnowa zrobili…

6. Podejrzewam, że myśliwi zabili mi innego psa - Czik-czaka. Też kudłacza, tylko czarnego. Piszę - chyba, bo Czik-Czak zaginął którejś zimy. Dwa dni chodziłem po polach i lasach, czy może gdzieś nie zaplątał się we wnyki (kiedyś już tak było, ale go odnalazłem). Ale tym drugim razem Czik-Czak przepadł, a ktoś mi mówił, że w okolicy kręcili się jacyś goście ze strzelbami.

Czik-czaka miałem, gdy już byłem na studiach. Pamiętam jak jednej wiosny uczyłem się do egzaminu z prawa cywilnego, leżałem z kodeksami w sadzie pod jabłonką, z głowa opartą o kudły Czik-czaka, a on to znosił cierpliwie. Poczciwy pies.

Nie znalazłem go potem… zastrzelili go chyba i gdzieś sprzątnęli…

7. Dość już o myśliwych…o czym to ja…. aha, o zającach.

No więc przypomina mi się taka historia, którą mi odpowiedział mój świętej pamięci Ojciec. Był rok 1914, pierwsza wojna światowa. Mój ojciec miał wtedy 5 lat. Kilka kilometrów od Regnowa, w Pukininie przebiegał front, W Regnowie byli Rosjanie, a w Rawie już Niemcy. Na Regnowem, nad Podskarbicami z wyciem latały armatnie kule. Wsie były zniszczone, dziadkowa stodołą i obora były rozebrane, bo  Ruscy potrzebowali budulca na okopy. Ślady po okopach jeszcze pamiętam na naszym polu, choć dziadek je zasypywał dziesięć lat.

Nasze pole jest na sporym wzniesieniu, najwyższy punkt (i najgorsza ziemia) w okolicy. Tam Rosjanie zrobili sobie punkt obserwacyjny, zamaskowany wkopanym tam specjalnie wielkim dębem (przywieźli go i wkopali). I tam mieli gniazdo karabinu maszynowego typu Maksim. To taka taczanka, z grubą rurą chłodnicza wokół lufy i tarczą, takie mini-działko. I mój 5-letni wtedy ojciec widział, jak ruski żołnierz z tej taczanki strzelał do zająca. To był listopad, puste pole, zreszta spalone, nie zebrane, zając był widoczny jak na dłoni. Zając uciekał, kluczył, a ruski zmieniał tylko taśmy w karabinie maszynowym i strzelał do niego seriami. Pewnie z tysiąc sztuk amunicji wystrzelał, nie trafił, zając uciekł.

Rosja nie mogła wygrać tej wojny…

8. Dziś właściwie zajęcy już nie ma. Nie wiem, co się z nimi stało. Podobno jakaś choroba je wyniszczyła. Chłopi zganiają winę na myśliwych, myśliwi na psy, psy na koty…w każdym razie na polskiej wsi zająca zobaczyć trudno.

Kiedyś wybrałem się w pole, popatrzeć jak rolę moją sieje brat, a właściwie już bratanek. Jakiś przedostatni polski zając wyskoczył mi z pod nóg. Wzruszyłem się…

PS. Opowiem Państwu dowcip o zającu. I o bocianie.

Zając zazdrości - ty bocian to masz dobrze, latasz sobie wysoko na skrzydłach, jesteś bezpieczny, a mnie szaraczaka jak nie pies dopadnie, to myśliwy.

Na to bocian - a tobie kto broni latać?

- Nie nie mam skrzydeł - mówi zając Bocian patrzy - faktycznie, nie masz, ale masz długie i szerokie uszy, rozłóż je, machaj i leć!

Zając macha…nic z tego.

- Wiesz co - mówi bocian - wezmę cię w dziób, wyniosę w górę, puszczę, a ty rozłożysz uszy i wtedy na pewno polecisz jak szybowiec.

Zając owładnięty pasja latania zgodził się na eksperyment. Bocian go wyniósł puścił, zając rozłożył uszy, ale runął. Leży na ziemi nieruchomo, z zębami zajęczymi na wierzchu. Bocian zatroskany wylądował przy nim, patrzy i mówi - zając, ty się nie śmiej, ty żeś zdrowo w glebę przypieprzył…

Morał taki - nie wierz cudzym dziobom, ufaj raczej własnej głowie.

Wesołych Świąt, idę święcić jajka…