(tekst opublikowany w tygodniku „Idziemy” 23 I 2011)

Pleni się, szczególnie wśród młodych, jakaś dziwaczna wizja chrześcijaństwa. Dominikanin, Łukasz Miśko, opisuje ciekawą historię („W drodze”, styczeń 2011, s. 134). Oto pewna prelegentka mówi do grupy młodzieży, że powinni bronić – szczególnie swoim życiem – chrześcijańskiej wizji seksu, małżeństwa, rodziny i społeczeństwa, bo ta wizja jest najbliższa stworzonej przez Boga rzeczywistości. W czasie przerwy jedna ze słuchaczek wybucha: „Jestem chrześcijanką i dlatego nie mogę tolerować tego języka nienawiści! Jakim prawem ta kobieta ocenia indywidualne wybory innych ludzi. Każdy jest tym, kim chce być, kocha tak, jak chce i kogo chce, i nikt nie ma prawa w to włazić z jakimiś definicjami! Jezus kazał kochać i nie oceniał negatywnie”. Kiedy o. Miśko próbuje tłumaczyć dziewczynie, że Jezus oceniał jednak różne postawy i rozróżniał dobro od zła, ta krzyczy: „Mój Jezus afirmuje wszystkich”.

Skąd się bierze tego rodzaju obraz Jezusa? Przypomina mi się film „Dogma”, w którym widzimy, jak to duchowni w poszukiwaniu wiernych prezentują nowy model Mistrza z Nazaretu: Jezus z gwiazdorskim (amerykańskim) uśmiechem, z podniesionym do góry kciukiem, który wszystkim mówi: Kocham was, jesteście wspaniali, jesteście cool, łou! Taki Jezus zdaje się głosić jedno: „Kochajcie się i róbta, co chceta”, przy czym, w przeciwieństwie do Jezusa z kart ewangelii, nie precyzuje, na czym autentyczna miłość polega. Każdy ma to odkryć w swoim sercu, a także w innych częściach ciała… Każdy ma swoją prawdę, a Bóg potrzebny jest do tego, by poklepać przyjaźnie każdego po plecach i powiedzieć: Łou! super z ciebie gość (gościówa).

Być może zdarzają się księża, którzy bojąc się konfrontacji z obowiązującymi trendami albo chcąc po prostu przypodobać się publice, sami udają takich „łou!” duszpasterzy. Problem nie tkwi jednak w księżach, ale w tym, że mamy dziś do czynienia z masowym „zmiękczaniem” chrześcijaństwa. To „zmiękczanie” jest jedną z form walki z Kościołem, niekiedy dużo bardziej skuteczną niż bezpośredni atak. Co się dziwić młodym, że chwytają różne hasełka, skoro schematy „łou!” chrześcijaństwa wpływają nawet na zdawałoby się niezawisłych sędziów. W słynnej sprawie Alicji Tysiąc sędzina w ustnym uzasadnieniu wyroku pouczyła „Gościa Niedzielnego”, archidiecezję katowicką, a pośrednio cały Lud Boży, że chrześcijaństwo jest religią miłości i taki też powinien być język, jakim powinni posługiwać się autorzy katolickiego tygodnika. A zatem nie można mówić, że aborcja jest zabiciem człowieka, bo to sprawia przykrość tym, którzy aborcji dokonali, a tym samym sprzeciwia się przykazaniu miłości. No, mamy tu do czynienia zaiste z jakąś „łou!” logiką.

Jezus afirmuje wszystkich? Tak! na krzyżu umarł za wszystkich, a za swoich prześladowców modlił się: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Bóg „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4). Z tego jednak nie wynika, że każdy tworzy sobie swoją prawdę i w ten sposób zbawia sam siebie, a stworzony na nasze podobieństwo Jezus nam w tym pomaga. Bóg nie jest „zapchajdziurą” naszych osobistych zapatrywań na temat życia. Bóg jest Bogiem, a człowiek jest człowiekiem – warto nie zapominać o tej oczywistej prawdzie. To Bóg jest Stwórcą, a nie człowiek. To Bóg jest Zbawicielem, a nie człowiek. To my mamy pełnić wolę Boga, a nie On naszą wolę.

„Mój” Jezus, skrojony na miarę jakiegoś modnego dziś sposobu myślenia, nie istnieje. Istnieje zaś Jezus Ewangelii, nauczania Kościoła, Jezus Jana Pawła II i Benedykta XVI. Papież Polak, który będzie 1 maja ogłoszony błogosławionym, był otwarty na ludzi, ale zarazem nauczał w sposób jasny i zdecydowany. Nie był to „łou” Papież, choć niektórzy chcieliby go zredukować do wadowickich kremówek.