Opisałem niedawno w naszym portalu Wojciecha Orlińskiego, znanego blogera i dziennikarza Gazety Wyborczej w notce zatytułowanej "Orliński strasznym dziaduniem". Przedstawiłem go (pochopnie) jako zabawnego erudytę, rozmiłowanego w popkulturze, który zawsze staje się toksycznym śledziennikiem, kiedy pisze o polityce, a w szczególności o PiS.

Orliński odniósł się do tego. Zrobił to jednak w blogowej notce poświęconej głównie byłemu wojewodzie mazowieckiemu z ramienia PiS Jackowi Sasinowi. Notka była oparta na założeniu, że Jacek Sasin jest synem Józefa Sasina generała SB. Powstał dziwaczny strumień myśli: Orliński obwinia młodego Sasina o korki w Warszawie, a Sasina starszego o PRL.

Oto fragment:

"Piotr Zaremba ubolewał ostatnio nad tym, że kiedy piszę o PiS, przestaję być zabawny, bo nienawiść do tej partii odbiera mi poczucie humoru i po prostu strzykam jadem. Ma rację. (...) Jak by tu wyjaśnić Zarembie, co czuję, kiedy piszę o takich ludziach? Może spróbuję tak: jest pan podobno antykomunistą. Proszę sobie wyobrazić, że myśli Pan o facecie, który w 1953 zaczął pracować w UB, potem przeszedł do SB, zaliczył w latach 1973-1974 kurs KGB w Moskwie, w latach 80. zajmował się rozbijaniem "Solidarności" w zakładach pracy, w 1990 przeszedł do prywatnego biznesu.

Jak by pan o nim pisał? A zresztą, co mnie to obchodzi. I tak nie przeczytam. Ja w każdym razie rzeczywiście nie umiem o pisowcach pisać tak po prostu ironicznie. Mogę tylko strzykać jadem. Sorki. Ale ja wtedy marzłem na tych przystankach. A teraz stoję w tych korkach".

Tyle że Jacek Sasin nie jest synem opisanego generała SB. Gdy to się już okazało, Orliński spróbował to zamaskować okaleczając własną notkę do granic niezrozumiałości. Ale pozostały wpisy publiczności odnoszące się do pierwotnej wersji. No i per saldo w internecie można wszystko zmienić, ale to co znika, daje się zawczasu utrwalić.

Nie widziałem czegoś podobnego w PiS. Prawdę mówiąc nie widziałem czegoś takiego nigdzie. W ogóle nie lubię grzebania w życiorysach, a w każdym razie nawołuję w takich przypadkach zawsze do maksymalnej delikatności, wyjątkowo starannego uzasadnienia po co to się robi.  Do takich publikacji jak dokopywanie się komunistycznego i żydowskiego rodowodu żony Bronisława Komorowskiego w najnowszej Gazecie Polskiej odnoszę się nieufnie. Nie tak dawno mnie samemu Aleksander Smolar zarzucił, że grzebałem się w pochodzeniu tak zwanych komandosów nazywając ich pokoleniem dzieci KPP-owców. A przecież jedynie przypomniałem, że mogło to mieć wpływ na ich nastawienie w wielu sprawach, ale każdego osądzałem indywidualnie.

Za to Orliński nie tylko założył genetyczną odpowiedzialność syna za ojca, czyli przyjął tezę zwalczaną na co dzień przez Wyborczą namiętnie, ale fatalnie się pomylił. Nie tylko postanowił walić nielubianego polityka po jajach, ale przy okazji przewrócił się o własną nogę. Będąc podobno zaprzysięgłym wrogiem spiskowych teorii i ich głosicieli, zbudował swój histeryczny wywód na nieprawdziwej, całkiem ulotnej plotce.  To już nie jest tylko kwestia zawziętości. To coś dużo brzydszego.

Cofam więc określenie: "straszny dziadunio" zabarwione jakąś tam sympatią przemieszaną z poirytowaniem. Pozostaje sporo innych określeń. Całkiem innych, tyle że nie chcę nimi zaśmiecać internetu. I pozostaje przykre poczucie kolejnego rozczarowania. W Polsce bardzo trudno z kimś się ładnie różnić.