Mógłbym napisać tak: już w czerwcu zgłosiło się do mnie RMF FM z propozycją prowadzenia porannych rozmów. Jestem dziennikarzem i jeśli mam coś w swym życiu zawodowym zmieniać – pomyślałem – to teraz. A skoro zgłasza się największe radio w Polsce to nie da się wybrzydzać. Zagwarantowałem sobie, także w kontrakcie, pełną niezależność i zgodziłem się. I tyle. Naprawdę nie ma tu nic więcej.

Owszem, mógłbym tak napisać, ale przecież nikogo by to nie przekonało. W żaden komunikat prasowy RMF FM ani moje wyjaśnienia nikt nie uwierzy. I słusznie. Mogę sobie być dziennikarzem z 25-letnim stażem, mogę co tydzień od dziesięciu lat przeprowadzać wywiady, mogę mieć jakieś tam doświadczenie radiowe, telewizyjne, internetowe i prasowe, ale nie czarujmy się, nie dlatego będę prowadził te programy. Wszystko załatwił mi Kaczyński.

Tak, on.

Zaczęło się od tego, że zażyczył sobie, by Radio Zet zwolniło Monikę Olejnik. Jedząca mu z ręki rozgłośnia zgodziła się natychmiast, ale zamiast na to miejsce wyznaczyć kogoś z „Gazety Polskiej” wzięła Piaseckiego. No i całą dobrą zmianę diabli wzięli. Tym razem prezes postanowił być precyzyjny do bólu i od RMF-u zażądał wyznaczenia konkretnej osoby. „Poranne rozmowy ma prowadzić Mazurek” – orzekł. Biedne RMF przystało więc i na to. Niestety, ciamajdy, pomylili Mazurki. Prezesowi chodziło o Beatę, oni zadzwonili do Roberta.

PS. Tego wszystkiego, co powyżej dowiedziałem się od lemingów z mainstreamu. Niepokorni uznali z kolei, że zdradziłem i przeszedłem na niemiecki żołd. By pogłębić ich dysonans poznawczy dodam tylko, że prowadzenie rozmów w RMF nie oznacza, że rezygnuję ze współpracy z „wSieci” czy zaniedbywanym ostatnio przez mnie wPolityce.pl.