Pewnie o wszystkim zadecydowały bliżej nieokreślone emocje. Trudno bowiem uwierzyć w to, że znalazła się jakaś nagła przyczyna odwołania Jacka Kurskiego z pełnionej w TVP funkcji.

Wytyczył sobie dobry kierunek, zmieniał powoli, acz stanowczo. Pozbywał się zadufanych i pustych cwaniaków, którzy z tytułu zasiedzenia przed kamerą poczęli przypisywać sobie status gwiazdy. Już ktoś napisał przed laty – kij od szczotki pokazywany przez kilka godzin dziennie też staje się powoli czymś ważnym na ekranie.

Kurski miał różne okresy w swej karierze, także ten najbardziej spamiętany, czyli dezercję i zdradę. Trudno o tym zapomnieć, ale posypywał długo głowę popiołem i publicznie się biczował. Na tyle skutecznie, że mu karę zatarto i powołano do TVP. A skoro tak, to nie ocenia się jego pierwszych miesięcy pracy w takim tempie i – co czuje się w pobliżu sceny – w takim zamieszaniu. Odwalił dużo pożytecznej pracy, pokazując co to znaczy telewizja publiczna. Racje rządu – w całej okazałości, ale stale dostęp do głosu ma również opozycja. Na każdy temat i bez ograniczeń. Wystarczy ten wizerunek TVP porównać z czasami Brauna, czy Dworaka, by Kurskiego bronić. Zasiadającym w Radzie Mediów Publicznych zapewne sporo w wizerunku Kurskiego się nie podoba. Mogę przypuszczać, że głównie osobowość, bo ją wyraźnie widać. Zazdrość nie jest zaletą w ogóle, a przy rozliczeniach trochę jednak koleżeńskich, szczególnie.

Dzisiejsza decyzja, podjęta tuż po wielodniowym towarzyszeniu Ojcu Świętemu z mikrofonami i kamerami, nie wróży dobrze dalszej karierze Rady Mediów. Trochę to przypomina chaos przy próbie zmian wynagrodzenia dla części rządzących i parlamentarzystów. Wystarczył jednak jeden grymas osoby, która o wiele lepiej czuje rzeczywistość niż parę zastępów zapracowanych i pośród tej pracy zagubionych, by wszystko wróciło do normy. I już.