Piotr Skwieciński napisał, że niejaki Czuchnowski z „Wyborczej”, który nawoływał polskich żołnierzy do rokoszu, powinien siedzieć. Zaznaczył, że dotyczy to porządku norm (napisał: „moralnego”), gdyż politycznie byłoby to przeciwskazane. Zgadzam się z nim, gdyż kara za zdradę, a tym jest wzywanie żołnierzy do nieposłuszeństwa, powinna być surowa. Rozumiem także, iż ze względów politycznych ściganie owego osobnika byłoby dziś nieroztropne. Jak rozmaici przestępcy, łapownicy czy oszuści stałby się natychmiast bohaterem mediów III RP i jej salonu.

Sądzę natomiast, że jakieś konsekwencje wobec tego wystąpienia powinny nastąpić. Najmniej chodzi mi o samego Czuchnowskiego, który jest nikim; osobnika na tyle głupiego, że zadeklarował otwarcie coś, czego mądrzejsi od niego, reprezentanci tego samego obozu, nigdy by nie powiedzieli, chociaż swoimi działaniami i wystąpieniami dają do zrozumienia, że mentalnie nie są od tego odlegli.

Niemniej „Wyborcza” toleruje w redakcji osobnika nawołującego do zdrady. A to oznacza akceptację takiego zachowania. Powinniśmy więc zadać pytanie wszystkim uczestnikom inicjatyw, w których uczestniczy „Wyborcza”: dlaczego współpracują z instytucją, która akceptuje wezwanie do zdrady? Czy się z tym zgadzają? Trudno wyobrazić sobie normalny dialog z tymi, którzy na to pytanie odpowiedzą twierdząco.