Czy niektórzy księża katoliccy cierpią na samotność? Czy przebywający wyłącznie w swoim gronie nastoletni chłopcy testują swoją seksualność? Czy istnieją księża, którzy zmagają się ze swoim homoseksualizmem? Na każde z tych pytań odpowiedź jest twierdząca. Nie rozumiem więc skąd takie oburzenie na film Małgośki Szumowskiej, która po raz kolejny zepsuła całkiem ciekawą historię.

Nagrodzony w Berlinie przez homoseksualistów „W imię…” zdążył już być wykorzystany na wszystkie strony do walki światopoglądowej i politycznej. Jedni uważają, że Szumowska nakręciła film obnażający Kościół katolicki. Ba, część naładowanych antyklerykalizmem komentatorów chciałaby widzieć ten obraz jako polskiego kandydata do Oscara, bowiem ich zdaniem zaciera on wizerunek Polski jako kraju Jana Pawła II-ego. Z drugiej strony film Szumowskiej jest odsądzany od czci i wiary jako lewacka propaganda antykatolicka, mająca na celu ośmieszyć Kościół, która wpisuje się w coraz bardziej agresywną narrację przeciw Kościołowi w Polsce. Które głosy są bliższe prawdy? Film nie jest ani jednym, ani drugim.

Fabuła „W imię…” jest dobrze znana czytelnikom tego portalu, więc nie będę jej szczegółowo omawiał.

Oto mamy ks. Adama ( Andrzej Chyra), który przeniesiony z Warszawy na popegeerowską wieś stara się zbudować ognisko dla trudnej młodzieży z poprawczaków. Na miejscu spotyka młodego chłopaka Szczepana ( Mateusz Kościukiewicz), który mieszka z niepełnosprawnym bratem i samotną matką. Od początku obaj czują do siebie seksualny pociąg, co wyraża się w spojrzeniach, gestach i niedomówieniach. W ośrodku pojawia się też „Blondyn” (Tomasz Schuchardt), który również okazuje się homoseksualistą. On jednak zamierza wprost, bez niedomówień uwieść duchownego. Ks. Adam wzbudza jednak seksualne pożądanie nie tylko chłopców. Uprawiać z nim seks chce również znudzona życiem na wsi żona jego współpracownika Ewa ( Maja Ostaszewska). Ks. Adam mówi jej jednak, że jest już „zajęty”.

Czy chodzi mu o to, że oddał swoją miłość Kościołowi i Chrystusowi? Czy może ma on na myśli swoją orientację seksualną? Od pierwszej minuty filmu Szumowskiej widzimy duchownego jako osobę samotną i zmagającą się z mrokami swojej duszy.

Uprawia on więc codziennie wyczerpujący jogging, który jest karą za grzechy ( taką pokutę zaleca chłopakowi, który spowiada mu się ze swojego, a jakże!, homoseksualizmu), w nocy radzi sobie z seksualnym napięciem masturbacją. W końcu zalewa on swoje smutki alkoholem, wpadając w szalony taneczny trans z obrazem Benedykta XVI-go. Czy taki wizerunek duchownego może oburzać? Jedynie tych, którzy mają infantylne pojęcie o Kościele.

Wiemy przecież, że ksiądz, przepraszam za banał, jest człowiekiem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jest grzeszny, słaby i ulega pokusom. Apostołowie również tchórzyli, upadali i byli niewierni. Siła osoby duchownej polega na tym, jak mocno potrafi radzić sobie z pokusami, dając równocześnie swoją postawą świadectwo chrystusowego umiłowania bliźnich.

Czy ks. Adam potrafi to zrobić?

To poruszające studium nie tyle kapłaństwa, ile człowieczeństwa, które znalazło się w potrzasku, to także studium samotności wśród swoich. Ostatecznie, nikt nie może mu pomóc. Dramat człowieka rozdartego, któremu sytuacja wymyka się spod kontroli.

-pisał w recenzji ks. Andrzej Luter, z którym rzadko kiedy przychodzi mi się zgodzić. Tym razem pozostaje mi podzielić jego obserwacje w 100 proc. Ks. Adam nie jest karykaturą osoby duchownej jak chcieliby prawicowi krytycy filmu. Nie jest też ikoną buntu wobec „skostniałego” Kościoła jak pewnie odczytują to zwolennicy lewicy. Ks. Adam jest totalnie rozbitym człowiekiem, który nie potrafi poradzić sobie z homoseksualizmem, choć stara się go w sobie stłumić. Scena, gdy pijany spowiada się na Skypie swojej siostrze jest wstrząsająca. Andrzej Chyra obnaża w niej siebie jak aktorzy ze szkoły Lee Strasberga. Gdy wrzeszczy dosłownie rycząc „Jestem pedałem!” czujemy dosłownie jego ból. Ból, który nie jest łatwy do uleczenia. Czy również niemożliwy do ukojenia? Czy nie może go uleczyć również Jezus Chrystus, dla którego przecież Adam wstąpił do seminarium?

Tutaj zderzamy się z największym defektem filmu Szumowskiej, który wypunktował również ks. Luter. Duchowny zauważył, że problem samotności w Kościele jest o wiele głębszy niż pokazuje to duet scenarzystów Szumowska/Englert. Jego zdaniem jest to problem duchowy, egzystencjalny i intelektualny. Szumowska niestety sprowadza go niemal wyłącznie do problemu seksualnego.

Nie chcę zdradzać końca filmu Szumowskiej, który jest, po raz kolejny u tej reżyserki, przykładem jej niedojrzałości artystycznej. Jest to łopatologia w czystej postaci, która obraża inteligencję widza pragnącego dokonać samemu interpretacji oglądanej historii. Jest to też frustrująco zbyt częste w polskim kinie zepsucie czegoś, co mogło być głębokie i wielowarstwowe. Szumowska dowiodła w „Sponsoringu” jak z poważnego problemu o sprzedawaniu się młodych dziewczyn z dobrych domów można zrobić płytki film o seksualnych nerwicach starzejącej się kobiety. Podobny zabieg widzimy w jej nowym obrazie.

Jeżeli już reżyserka zdecydowała się pokazać problem homoseksualizmu w Kościele, przenoszenia z parafii do parafii duchownych z problemami seksualnymi ( afery pedofilskie, z którymi bezkompromisową walkę podjął Benedykt XVI pokazały, że taka praktyka była częsta poszczególnych diecezjach) i postanowiła pochylić się nad wnętrzem dobrego księdza, który nie może pełnić posługi z uwagi na swoje słabości, powinna spenetrować te kwestie do końca. Szumowska zatrzymuje się jednak w połowie kroku, sugerując odpowiedzi tak banalne i głupie, że aż frustrujące widza. Ubolewam na tym, bowiem film miał potencjał być czymś więcej niż prostą opowieścią o prowincjonalnym księdzu homoseksualiście.

Doceniam to, że Szumowska nie wpisała się w antyklerykalną nagonkę na Kościół katolicki. Choć niektóre sceny dobitnie sugerują jej stosunek do Kościoła ( ks. Adam pragnie wyspowiadać się w innym kościele, ale jego brama jest zamknięta, a „proboszcz nie ma czasu”- jak mówi sprzątająca kobieta), to na szczęście reżyserka zatrzymuję się w miejscu, gdzie mogłaby zacząć uprawiać publicystykę rodem z Lisowego tygodnika. Nie robi tego. Chwała jej za to. Za dużo jednak w filmie Szumowskiej nudnego stereotypu.

Homoseksualiści są agresywni bo polska nietolerancja tłumi w nich popęd? Będący na marginesie społeczeństwa wyrzutkowie pragną Jezusa, ale przeszkadza im ksiądz w drogich butach? W głębi duszy jesteśmy ludźmi wolnymi, ale zniewala nas tradycja? To wszystko już było w kinie, i zostało lepiej podane. Bez wątpienia jednak ten film wpisuje się w ideologiczną ofensywę, która ma zmienić nastawienie do homoseksualizmu polskiego społeczeństwa. Szkoda, że film Szumowskiej nie okazał się być nawet w połowie tak poruszający jak „Tajemnica Brokeback Mountain”, z którego twórcami można się było nie zgadzać, ale nie można było przejść obok ich dzieła obojętnie.

Film Szumowskiej powoduje, że nie ma sensu nawet przeciwko niemu protestować. Warto go jednak dla kreacji Andrzeja Chyry obejrzeć.

Łukasz Adamski

W Imię, Polska 2013, reż: Małgorzata Szumowska. Dyst. Kino Świat