Niestety to nie polski bohater Ryszard Kukliński jest tym, którego nazwisko znają miliony Amerykanów. O wiele popularniejszy za oceanem jest Richard Kuklinski- cyngiel mafii, morderca i psychopata mający na rękach krew ponad 100 ofiar. Chyba nikt lepiej nie mógł go zagrać niż Michael Shannon, który powoduje, że ten dosyć przeciętny film ogląda się naprawdę dobrze.

Przeżyłem spore zaskoczenie, gdy nagle natknąłem się na ten film na półce z nowościami DVD. Spodziewałem się, że „Iceman” wejdzie do polskich kin nie tylko z uwagi na nazwisko głównego bohatera i „mafijny” klimat filmu, ale również z uwagi, że gra w nim Weronika Rosati. Jednak tak jak w przypadku filmów „Kulą w łeb”, „Twardziele” czy „Last Vegas” polska aktorka występuje tutaj w zupełnie niezauważalnym epizodzie. Na marginesie dodam, że niestety Rosati wciąż nie może się przebić w Hollywood mimo niezłej roli w serialu „Luck” u bogu Dustina Hoffmana i Nicka Nolte. Jak na razie wygląda na to, że podzieli ona los Izabelli Scorupco, Kasi Figury czy Joanny Pacuły. Niestety za wyjątkiem kilku reżyserów trudno na liście historii Hollywood znaleźć znaczące polskie nazwiska. Zupełnie inaczej natomiast wygląda bardziej mroczna listę. Chodzi o listę najpopularniejszych amerykańskich morderców, na której widnieje aż dwóch „psycholi” o polskich korzeniach. Jeden to Ted Kaczynski, drugi nazywał się zaś Richard Kuklinski.

Richard Leonard Kuklinski był płatnym mordercą pracującym dla Rodziny Gambino. O skali jego skuteczności świadczy m.in. fakt, że różne opracowania podają, iż zabił w ciągu 30 lat „kariery” od 100 do…200 ludzi. Kuklinski skończył dokładnie jak wiele jego ofiar, które podpadły mafii. Polskiego pochodzenia zabójca został najprawdopodobniej otruty w więzieniu w Trenton, gdzie odsiadywał podwójne dożywocie. Nagłą śmierć bandyty łączy się z faktem, że miał on zeznawać przeciwko jednemu z mafiozów. Kukliński będąc w więzieniu, do którego trafił w 1986 roku szybko zrozumiał siłę popkultury i chętnie rozmawiał z dziennikarzami oraz filmowcami. Dzięki temu powstały trzy książkowe biografie gangstera, film dokumentalny dla HBO i w końcu film fabularny z gwiazdorską obsadą.

Nie tylko miłośnicy programów w stylu „American mafia” czy „Najwięksi zbrodniarze Ameryki” czekali na filmową biografię Kuklinskiego. Opowieść o tak popularnym medialnie gangsterze jak Kuklinski musiała elektryzować szerszą liczbę kinomanów. Przy biografii takiej postaci można było pójść w dwie strony: albo zrealizować klasyczny, kronikarski film opowiadający o kolejnych etapach życia bohatera, albo zaciąć film autorskim stylem i złamać konwencję typowej biografii. Izraelski reżyser Areil Vromen zdecydował się na pierwszy wariant. I poniósł przez to częściowa porażkę. “Iceman. Historia mordercy” narracyjnie niczym nie zaskakuje. Film nawet otwiera do bólu wyeksploatowany motyw ukazania upadłego bohatera, który musi zmierzyć się ze wspomnieniem o swoim życiu.

Następnie, miejscami mozolnie, śledzimy kolejne kroki w drodze po szczeblach mafijnej drabiny Kuklinskiego, który zaczynał jako postać dubbingująca filmy porno w wytwórni Roya Demeon ( Ray Lliota). To właśnie tam „lodowatą” twarz człowieka, który potem mroził poćwiartowane zwłoki swoich ofiar by policja nie mogła poznać daty ich śmierci, dostrzegł członek włoskiej mafii i uczynił go swoim cynglem. W makabrycznym procederze mrożenia zwłok, co stało się znakiem rozpoznawczym „Icemana” pomagał Kuklinskiemu Robert Pronge, sprzedawca lodów, przewożący w swoich zamrażarkach zwłoki przeznaczone do późniejszej „utylizacji”. W ciągu całego przewija się wiele postaci, które wydają się być wymysłem jakiegoś perwersyjnego filmowca. Jednak ci popieprzeni do granic ludzie naprawdę żyli. Widać, że nie przez przypadek wcielają się w nich znani aktorzy ( James Franco, Dawid Swimmer, Stephen Dorff), którzy podkreślają ich znaczenie mimo małej roli w scenariuszu. Niestety scenariusz „Icemana” jest posklejany z klisz i wytartych schematów, co powoduje, że nie do końca potrafimy wczuć się w emocje bohaterów. Nawet tak z pozoru pełnokrwista postać jak żona mordercy Deborah Kuklinski ( Winona Ryder), która przez ponad dwie dekady myślała, że jej mąż jest biznesmenem jest zaskakująco płasko nakreślona.

Vromen miał jednak szczęście, że główną rolę w filmie przyjął Michael Shannon. Pamiętam, że po seansie „World Trade Center” Olivera Stone’a najmocniej w pamięci zapadł mi króciutki epizod amerykańskiego żołnierza, który pomaga odgruzowywać „Ground Zero”. W rolę żołnierza wcielił się mało jeszcze znany Shannon, który następnie wykopywał sobie pozycje w Hollywood świetnymi i charakterystycznymi rolami drugoplanowymi w „Drodze do zatracenie” ( nominacja do Oscara), „Nim diabeł dowie się, ze nie żyjesz” czy serialu „Zakazane imperium”. Absolutnie wybitną rolę Shannon stworzył we wciąż niedostępnym na polskim rynku „Take Shelter”, i był najmocniejszym punktem nowego Supermana „Człowiek ze stali”. Shannon nie wypada jednak świetnie w roli Kuklińskiego tylko z tego powodu, że wyspecjalizował się w postaciach z problemami psychicznymi i emocjonalnymi. Kuklinski w jego ujęciu to jednocześnie postać zimna i niedostępna, ale również otwierająca serce przy dwóch ukochanych córkach.

Gdy Demeon grozi mu bronią w samochodzie zaparkowanym pod domem Kuklinskiego, w którym odbywają się urodziny jego córeczki, na twarzy aktora widać paletę emocji miotających się miedzy przerażeniem, złością i bezgraniczną miłością do dzieci, mogących zobaczyć na własne oczy śmierć ojca. Lodowata twarz mordercy kruszy się również na wieść, że jego córka została potrącona przez samochód należący do jego wrogów. Wyszlifowany warsztatowo w Chicagowskim teatrze Shannon potrafi minimalnymi środkami podkreślić rozdarcie mordercy, który potrafi sprzeciwić się swoim mocodawcą w proteście przeciwko zabijaniu kobiet i dzieci. Skąd w sadystycznym, aspołecznym psychopacie takie odruchy? Czym były one spowodowane? Jakie jest źródło degeneracji Kuklinskiego? Czy jest w nim choć odrobinę dobra?

Szkoda, Vromen jedynie wspomina o makabrycznych wydarzeniach z dzieciństwa aktora, które pielęgnowały w nim sadystyczne skłonności. W filmie nie pokazano nawet, że Kuklinski pierwszego człowieka zabił mając 13 lat i przez lata zabijał też bezdomnych. Trudno powiedzieć też czy wymogi komercyjne producentów spowodowały by nie rozwijać arcyciekawego wątku przyjaźni Kuklinskiego z Dominickem Polifrone, pracującym pod przykryciem agentem, który doprowadził do aresztowania cyngla rodziny Gambino. Ten wątek mógł interesująco obnażyć osobowość Richarda.

„Iceman. Historia mordercy” to jednak film całkiem przyzwoity, który pozwala otrzeć się o świat opisany w sposób doskonały jedynie przez dwóch mistrzów: Scorsese i Coppolę. I choć bez przeczytania książek o Kuklinskim nie poznamy wystarczająco tej postaci, to dzięki filmowi przynajmniej dowiemy co mieli na myśli, ci którzy mówili, że Kuklinski pracuje dla wszystkich….bo jest Polakiem. Szkoda, że to nie Amerykanie robią fabułę ( z całym szacunkiem do „Jacka Stronga” Pasikowskiego) o Ryszardzie Kuklińskim. Może udałoby się odczarować fatalne skojarzenia z tym nazwiskiem, które jeszcze mocniej po „Icemanie” zostało zakorzenione w świadomości Amerykanów.

Łukasz Adamski

„Iceman. Historia Mordercy”, reż: Ariel Vromen, wyst: Michael Shannon, Winona Ryder, Ray Liotta, Chris Evans, Elias Koteas, James Franco, dystr: Monolith