„Czy poezja nie powinna być szczególnie wyczulona na anonimowe, niewysłowione przesłanie, strawione przez zgiełk śmierci i chaos kłamstwa? Czy nie powinna użyczać swojego głosu a umniejszać swoje pragnienia? Zapominać o sobie na mgnienie? Przenikać los ludzi wyblakłych, których życie uwięziło w niejasnej frazie zanikającego cienia? Czy my nieustannie zapominani jesteśmy rozpoznawani przez innych zapominanych?” – pyta Jan Polkowski we wstępie do wydanej w wydawnictwie „TOPOS” książki „Głosy”.

Książka faktycznie „przenika losy ludzi wyblakłych”, tych, których „życie uwięziło w niejasnej fazie zanikającego cienia”. Co to dokładnie oznacza?

Ludzi ci zginęli jakby przypadkowo, losem (fatum?) wyłowieni z milczącej masy; pokazani zostali w swoich mini historiach w filmie „Czarny czwartek”, ale pokazani trochę tak, jak potrafi pokazywać kino: w takiej lub innej opowieści, narracji, oczywiście sięgającej w głąb człowieka, ale jednak skupionej na wydarzeniach.

Oni (ale nie tylko ci, co zostali zabici, tak samo ci, co zostali osieroceni przez tych zabitych) zostali teraz przez poetę dopuszczeni do głosu. Mówią: strzępy, fragmenty niekiedy nieskładnych zdań wyrywają się z „zagrody ich zębów” (tak o głosach ludzkich mówił Homer), złorzecząc, zastanawiając się, głosząc dozgonną miłość, rozczarowanie, nienawiść albo dochodzenie do pogodzenia się z tym dziwnym Zjawiskiem, które, ich samych, ich bliskich, wyciągnęło, wycisnęło z głębokiego ukrycia Historii na sam jej wierzch: zapisano to ujawnienie się: krwią, cierpieniem, łzami, złorzeczeniem, tragedią… A teraz w książce Polkowskiego o tym się mówi…

Ot, ludzkie, arcyludzkie historie. Ale jak opowiedziane!

Kochany Tato, strasznie cię nienawidziłem/ Dlatego, że cię nie było, a reszta świata była…/ (mówi Syn? 1960 -)/ albo/ Szkwał. W zimnej koszuli idę wzdłuż zatoki./ Kim byłem? Ziarnkiem piasku pod stopą rybitwy…/ (mówi Zastrzelony? 1954-1970?)/ albo/ Nie powiedziałam ci, że jestem w ciąży./ Jesteście tacy podobni, uparci i porywczy/ I obaj nie żyjecie, ty i twój syn./ (mówi Narzeczona? 1952?-)

Te wiersze powinny być sprzedawane razem z płytami DVD z filmem Czarny Czwartek. A póki nie są, namawiam do obejrzenia filmu a następnie lektury Głosów Polkowskiego. Tomik układa się z filmem Antoniego Krauzego jak awers z rewersem; film – świadectwo wierne i wstrząsające i wiersze chwilami porażająco piękne, bo, jak powiedziano na początku są to wiersze, które „zapominają o sobie” a swoje zadanie rozumieją jako świadczenie czasowi, który nastąpił po owych wydarzeniach opowiadanych też w filmie: starej kobiety, która pielęgnuje pamięć zabitego męża lub syna, ojca zmagającego się z dalszym życiem po stracie syna, narzeczonej, porzuconej przez zabitego narzeczonego, i zabitych, którzy „wreszcie mogą do nas przemówić”.

Jan Polkowski jest jak medium. Jego wiersze to prawdziwe, autentyczne głosy ludzi, którzy przechodzą obok nas. Mówi się tutaj: posłuchaj ich. Posłuchaj uważnie, może dowiesz się także czegoś o sobie. Także w tobie słychać głosy umarłych i zapominanych.

Mówi Matka? 1931 -/ Lubię zatłoczony kościół, nie widzę wtedy nikogo./ Choć chowam się przed Bogiem, nie chcę widzieć siebie./ Lituję się bardziej nad Nim niż nad samą sobą./ Śmierci się nie boję, jeśli to moja śmierć./ Lubię iść w ciemności, wzdłuż omdlałego morza/ Wyławiać z wiatru wspomnienia/ Tulić ich stopy jak piasek tuli spokojny brzeg./ Dziwić się nowym szczegółom:/ Gdy nosiłam cię w sobie niecierpliwie, ze złością/ A ty kopałeś mnie mocno i pchałeś ku przyszłości./ Milczący. Taki jak dzisiaj./

Krzysztof Koehler