Gliniarze w filmie twórcy „Róży” są skorumpowani, chleją i chodzą do burdeli. W swoim towarzystwie zachowują się jak odrażające prymitywy, których nie widzieliśmy nawet w najostrzejszych scenach „Pitbulla”. „Drogówka” z jednej strony gra schematami, ale jest też thrillerem z prawdziwego zdarzenia.

Nie wiem jaka będzie kampania promocyjne „Drogówki” pod koniec stycznia, gdy film wejdzie na ekrany polskich kin. Dziś bijące rekordy popularności filmiki reklamujące nowy film Wojtka Smarzowskiego mogą sugerować, że jest to jakaś forma czarnej komedii. Jeżeli twórcom chodziło o nabranie widza, który idzie na film w stylu Martina McDonagha, to żart się im udał. „Drogówce” jest o wiele bliżej do „Domu złego” niż do „Wesela”. Smarzowski po raz kolejny prezentuje nam gęste, brudne, dosłownie sprawiające ból i przeszywające realizmem kino. Wszystko bez jakiegokolwiek Coenowskiego mrugnięcia, czy Lynchowskiego nawiasu. U Smarzowskiego jest tylko ból, cierpienie i makabra współczesnej Polski. Smarzowski już w „Weselu” obnażył najgorsze ludzkie cechy. W „Domu złym” doprowadził je do granicy wytrzymałości. „Róża” wprowadziła pojęcie goyowskich „demonów wojny” na nowe tory. A jaka jest „Drogówka”?

Weźcie najbardziej zdegenerowanych typów z „Pitbulla” Patryka Vegi, i pomnóżcie przez dwa. Dodajecie do tego program „Uwaga pirat”, a otrzymacie jedynie fragment nowego dzieła Smarzowskiego. Pisałem kilka dni temu o tym, że dzięki amerykańskiemu filmowi „Bogowie ulicy” obraz policji narzucony przez Sidneya Lumeta w „Serpico” został złamany. Policja została w końcu doceniona, i pokazana w pozytywnym świetle. „Drogówka” jest skrajną przeciwnością amerykańskiego filmu. Jednak to nie policja jest największym czarnym bohaterem „Drogówki”. I to jest chyba najbardziej u Smarzowskiego przerażające.

Reżyser opakował fatalny obraz całej III RP w thriller, jakich wiele jest w kinie za oceanem. Polska pokazana przez reżysera jest niemal wyjęta z jego weselnej opowieści: wszyscy kradną, kłamią, i mając władzę gnoją bliźnich. Dlaczego więc nie mają robić tego policjanci z ulicy, skoro nachalny poseł macha im przed nosem immunitetem, zatrzymany za brawurową jazdę ksiądz wręcza łapówkę, a pani prokurator zostaje wypuszczona po potrąceniu na pasach dziecka. "Świat jest zeszmacony? Pieprzyć to, my też będziemy"- zdają się mówić gliniarze, którzy dopiero w domu odzyskują ( częściowo) ludzką twarz.

Dystrybutor produkcji Smarzowskiego opisuje film jako historię siedmiu policjantów, których poza pracą łączy przyjaźń, imprezy, sportowe samochody i wspólne interesy. Ich mały, zamknięty świat z pozoru działa doskonale. Wszystko się zmienia, gdy w tajemniczych okolicznościach ginie jeden z nich. O morderstwo zostaje oskarżony policjant, który próbując oczyścić się z zarzutów, odkrywa prawdę o przestępczych powiązaniach na najwyższych szczeblach władzy. Brzmi jak amerykańska średniej klasy sensacja? Tak by pewnie wyglądał ten film, gdyby jego akcja miała miejsce na ulicach Nowego Jorku. Jeszcze jedna podróbka „Ściganego”. Jednak akcja „Drogówki” ma miejsce w III RP, gdzie wielkie przetargi załatwia się w luksusowych burdelach, albo jachtach na mazurskich jeziorach. Smarzowski umiejscawia swoją pesymistyczną (niczym część nierównego „Sezonu na leszcza” Bogusława Lindy) opowieść w Polsce, gdzie budowanie autostrad służy jedynie do „kręcenia lodów”.

Smarzowski wychodzi więc od opowieści o codziennym życiu polskiej drogówki, by pokazać głębiej zgniliznę III RP. To czyni film podobnym do „Dnia Próby”, a może i nawet do „Tajemnic Los Angeles”. W postkomunistycznej Polsce nie ma jednak happy endów. Parafrazując bohatera jednego z niezależnych filmów, można powiedzieć, że „nas wujek Halski nie uratuje.”

Co drażni w nowym filmie Smarzowskiego? Z pewnością jednostronne pokazanie policji, która składa się z samych dziwkarzy i alkoholików, oraz będących na usługach „decydentów” kretów z wydziału wewnętrznego. Liczba pijanych kierowców ze świecznika jest tak wielka, że samymi nagraniami z ich zatrzymania można wstrząsnąć fundamentami współczesnej Polski. Nie nazbyt to uproszczony obraz? Momentami miałem wrażenie, że Smarzowski ociera się o kicz Pasikowskiego, zamiast iść drogą Vegi. W filmie niestety zdarzają się również wpadki, jakich zaliczyć reżyser klasy Smarzowskiego nie powinien. Trudno mi pojąc, co robią nachlani gliniarze na papieskiej pielgrzymce, skoro w rękach trzymają nowoczesne smartphony, nie będące w użyciu w 2002 roku. I czy naprawdę wszyscy oglądają wiadomości prowadzone przez jednego prezentera z TVN?

„Drogówka” jest natomiast doskonała ( nic nowego u Smarzowskiego) aktorsko. Bartosz Topa zasługuje by przestać grać ogony, i w końcu wejść do pierwszej ligi aktorskiej. Świetny jest również Arek Jakubik, który sprawdził się w poprzednich filmach reżysera „Domu złego”. Szkoda, że więcej do zagrania w obrazie nie miała bez wątpienia jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia- Julia Kijowska, która zakasowała w serialu „Bez tajemnic” resztę gwiazdorskie obsady.

Jestem ciekaw reakcji krytyków filmowych na obraz Smarzowskiego. Ci, którzy oczekują perełki na miarę „Róży” będą lekko zawiedzeni. To jednak nie jest specjalnie krytyczny zarzut wobec filmu Smarzowskiego, który wciąż góruje nad kolegami z branży. "Drogówką" znów tego dowiódł.

Premiera "Drogówki" będzie miała miejsce 1 lutego 2013 roku.

Łukasz Adamski