Portal wirtualnapolska.pl publikuje fragmenty książki Małgorzaty Puczyłowskiej "Być dzieckiem legendy", w której Rafał Wilhelmi i jego matka zdradzają szczegóły dzieciństwa u boku wielbionego przez Polaków aktora.

Roman Wilhelmi był wybitnym aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Serca Polaków ukradł jako Dyzma w najlepszej ekranizacji „Kariery Nikodema Dyzmy” oraz jako Anioł w „Alternatywach 4”. Wilhelmi stworzył jednak wiele ciekawych kreacji teatralnych. Kilka tygodni temu w Poznaniu, obok teatru Scena na Piętrze, odsłonięto pomnik Romana Wilhelmiego. Rzeźbę mającą 2 metry wysokości wykonał Roman Kosmala. Pod popiersiem widnieje napis "Roman Wilhelmi 1936 - 1991. Wybitny aktor, obywatel miasta Poznania".

Wilhelmi był bardzo ambitną osobą. Wierzył, że dzięki ciężkiej pracy i talentowi zostanie w końcu doceniony. Swoje pierwsze kroki na scenie stawiał w Teatrze Ateneum. Początki nie były jednak łatwe. Drugoplanowe występy nie spełniały jego oczekiwań. Marzył o wielkich rolach na miarę swoich możliwości

czytamy na wp.pl. Podczas jednego z gościnnych występów teatru w Budapeszcie Wilhelmi poznał swoją drugą żonę – Marikę, która była węgierską tłumaczką.

Marika zachwycała urodą i rozochoceni panowie prześcigali się w adorowaniu jej, wyłazili ze skóry, by zdobyć choćby jedno jej spojrzenie. Dwóch nawet się o nią pobiło, wobec czego sama zainteresowana była dalece obojętna. Roman Wilhelmi dla popisu wyrzucił obie tłumaczki za drzwi. Nazajutrz wstał skoro świt, co było do niego niepodobne po takich hulankach, ogolił się, wyperfumował i pobiegł do pobliskiej kwiaciarni. Z bukietem hiacyntów błagał Marikę o przebaczenie

czytamy w książce Puczyłowskiej. Kobieta jednak została żoną aktora i urodziła mu syna. W tym czasie Wilhelmi stał się bardzo popularny przez serial „Czterej pancerni i pies”. Wówczas w życiu aktora kariera zaczęła odgrywać największe znaczenie. Większe niż rodzina.

Miał jakby dwa oblicza: jedno – to śmiejące się – dla świata zewnętrznego i jedno – to płaczące – w życiu prywatnym. Nie szukał a raczej popadał w towarzystwa i jak już, to potrafił rozbawiać ludzi do śmiechu, aż do łez. W momentach załamania, wątpliwości – i tylko w naszych czterech ścianach – pozwalał sobie na pokazywanie swojego smutnego oblicza. Tak naprawdę był on typem ambitnego, lecz samotnego i w pozytywnym sensie, zuchwałego bojownika

wspomina żona aktora. Para w końcu się rozwiodła. Po odejściu z domu Wilhelmi sporadycznie widywał się z synem. Rzadko przekazywał też pieniądze na jego utrzymanie. By zarobić na siebie i Rafała, żona aktora zmuszona była wyjechać z Polski do Wiednia.

Syn zerwał kontakty z ojcem. Dopiero po wielu latach spotkali się spotkać, gdy Wilhelmi przyjechał do Wiednia na plan zdjęciowy jednego z węgierskich seriali. Niestety Rafał Wilhelmi nie spotkał się więcej z ojcem. 3 listopada 1991 roku Roman Wilhelmi niespodziewanie zmarł w wieku 55 lat.

Choroba zaatakowała nagle. To był rak wątroby z przerzutami do płuc. Kiedy byłem u Romka w szpitalu na trzy dni przed jego śmiercią, nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Pamiętam, że dzwonił do Francji, by załatwić sobie angaż. Chciał osiąść w Paryżu - to były takie czasy, byli tam już i Pszoniak i Seweryn. W kalendarzu wciąż notował daty spotkań

cytuje słowa brata aktora dla "Super Expressu" wp.pl.

Nie mam żalu ani o ten brak kontaktu, ani o to, że spadek zapisał w dość dziwnych okolicznościach konkubinie i tantiemy za ciągle wznawiane seriale otrzymuje ktoś inny. Nie zależy mi na jego pieniądzach. Lubię oglądać jego filmy, ale moim absolutnym faworytem jest Teatr TV "Kolacja na cztery ręce". Pamiętam to silne wrażenie, gdy obejrzałem ten spektakl, kiedy już ojca nie było. Dosłownie oniemiałem. Żałowałem, że nie mogłem mu już przekazać tego, co wtedy czułem...

mówi Rafał Wilhelmi, który ukończył studia na Wydziale Translatoryki Uniwersytetu Wiedeńskiego i jest tłumaczem języka polskiego, niemieckiego i angielskiego.

Ł.A/wp.pl