Są słowa, które niezwykle trudno zdefiniować. Co innego rozumie przez te pojęcia filozofia, co innego psychologia, a zupełnie co innego wiara. Jednym z takich właśnie pojęć jest szczęście.

Kiedy próbowałam pytać niektórych ludzi jak wyobrażają sobie szczęście dostałam parę ciekawych odpowiedzi:

byłbym szczęśliwy, gdybym po pracy mógł wejść z butelką piwa do własnej wanny pełnej wody z pianą, a nad głową miałbym zawieszony telewizor,

biała plaża, błękitna laguna, opalona kobieta i jacht,

futrzak rozciągnięty przed płonącym kominkiem w swoim domu,

co tydzień „długi weekend”, samochód i wypad za miasto do własnego domku,

W tych wypowiedziach widać wyraźnie, że pojęcie szczęścia jest równoważne z przyjemnością płynącego z posiadania. Wcale mnie to nie dziwi. Sama mam podobne doświadczenie. Mogę wręcz powiedzieć,że życie dało mi pewną nauczkę za którą mu dziękuję.

Jako mama w dużej rodzinie (mamy przecież ośmioro dzieci) zawsze muszę się posługiwać sporym autem, w którym mieści się wszystko co rodzinie w czasie podróży potrzebne. I nie dość,że samochód ma dobrze ponad dwadzieścia lat to znaleźć w nim można najróżniejsze „okazy” typu zagubione sztuki odzieży, papierki po cukierkach, nieoddane do biblioteki na czas książki, zapas pieluch na czarną godzinę itp. Dlatego przez lata, gdy nasza rodzina się „rozrastała”, ja marzyłam o niewielkim, luksusowym, kobiecym samochodziku, który mogłabym łatwo utrzymać w porządku i który byłby taki mój własny, a nie rodzinny. I oto wydarzył się cud!

W jednym z radiowych konkursów wygrałam czarne, luksusowe cudeńko klasy DS, wybite pięknie białą skórą i wyposażone we wszelkie możliwe akcesoria elektroniczne. Ależ byłam szczęśliwa. Moje marzenie spełnione. Pierwszy problem pojawił się, gdy chciałam zamontować fotelik z niemowlakiem. Bo moje wymarzone autko miało tylko dwoje drzwi co bardzo utrudniało dostęp do tylnego siedzenia i sprawne wykonanie tej czynności. Zresztą miejsca z tyłu było tyle, aby swobodnie zostawić torebkę od Prady, ale już nie koniecznie tyle, by zawieźć do szkoły czwórkę dzieci. I do tego te białe siedzenie w połączeniu z ubłoconym obuwiem mego potomstwa – tak jakoś nie współgrało. Na koniec okazało się, że właściwie nigdzie nie jeżdżę sama, a upchnięcie choćby trójki dzieci w odpowiednich fotelikach w moim samochodzie jest zupełnie NIEMOŻLIWE. I tym sposobem zapadła decyzja o sprzedaży. Dwa lata minęło zanim znalazł się kupiec na tak luksusowy towar, który zresztą w tym czasie stracił na wartości około czterdziestu procent. Po tym doświadczeniu doszłam do wniosku, że moje szczęście nie płynie z posiadanych dóbr, ale z rozkosznego uśmiechu mojego maluszka wyciągającego do mnie rączki po popołudniowej drzemce lub z sms’a od najstarszego syna informującego, że stęsknił się za nami i wpadnie z wizytą na weekend. Z kolei moja teściowa powiedziała mi,że czuje się zupełnie szczęśliwa, gdy wnuki mówią:

babciu, nikt nie robi takich pysznych naleśników z serem jak ty.

Wnioskuję stąd, że każdy swego szczęścia upatruje gdzie indziej, ale że raczej nie zapewniają go nowe gadżety i chwilowe przyjemności. Bo szczęście to jednak coś więcej. A na koniec przytoczę jeszcze pewien żydowski midrasz:

Pewien człowiek miał sen. Śniło mu się,że pod mostem za jego wioską jest zakopany skarb. Rankiem szybko udał się w to miejsce w nadziei, że sen się sprawdzi. Niestety w okolicy mostu pełno było policji. Kiedy zmartwiony kręcił się wokół myśląc co zrobić, podszedł do niego jeden z policjantów z pytaniem co tu robi. Biedak wyznał prawdę opowiadając swój sen. Policjant roześmiał się i powiedział: „a mnie przyśnił się pewien głupiec, który szukał skarbu zakopanego pod mostem, gdy tymczasem skarb był ukryty pod podłogą w jego domu”. Mężczyzna pobiegł do domu i rzeczywiście tam pod podłogą w kuchni znalazł skarb.

Mam nadzieję, że każdy z nas odnajdzie swój skarb czyli swoje szczęście i nie będzie już pytał ani psychologii ani filozofii ani innych ludzi, gdzie ono lub czym ono jest.

Dagmara Kamińska