I jeszcze dwie ciekawostki – fakty, nie pomysły kabaretowe.

Oto na „Upowszechnianie uczenia się przez całe życie – projekty systemowe”, wysmarowane pewnie przez jakichś światłych konsultantów z firm consultingowych – pięć umów za drobne 55 mln euro ze sporym hakiem (11 mln euro na łba, niezła lodziarnia); i takowe 55 milionów z nieco mniejszym hakiem na toż samo upowszechnianie ale „…projekty konkursowe” (co prawda więcej gąb do wykarmienia: 117 umów, czyli ponad 2 mln zł na jedną). Faktycznie oczywiście żadne tam euro, poszło łącznie na upowszechnianie kształcenia przez całe życie dwa razy po nieco ponad 237 mln zł, prawie pół miliarda naszych poczciwych złotych, w pocie czół bankierów naszych centralnych wykreowane po to, by przydzielone nam euro wpakować do rezerw walutowych i wrzucić na zasilenie importu.

To są przykłady z jednego poletka – oświaty, ale w zasadzie prawie cała ta pomoc unijna to tak naprawdę kraina nonsensu ekonomicznego. W imię unijnej łaskawości zasilamy miliardami odzwierciedlonymi w budżecie jako „finansowanie ze środków unijnych” różne wydumane i w gruncie rzeczy niepotrzebne pomysły, idą w sumie ciężkie miliardy dodrukowanego pieniądza, który, skoro jest drukowany, to w gruncie rzeczy euro nie byłoby do tego potrzebne, gdyby pieniądze poszły na powiększanie zdolności produkcyjnych za którymi poszedłby wzrost produkcji, za tym wzrost dochodów, podatków itd.

To jest nie tylko wyrzucanie w błoto gigantycznych sum, to jest także nakładanie ciężkiego garbu niepotrzebnej roboty organizacyjnej, strat czasu zwykłych ludzi, na których nakłada się efekty tych wypracowanych za ciężkie pieniądze a niepotrzebne sterty bzdurnych projektów – dyrektorzy szkół mogliby wiele o tym opowiedzieć, znamy takie wysmarowane przez różnej maści ignorantów i hochsztaplerów biurokratyczne nonsensy w szkolnictwie wyższym - z niezmordowanego cyklu „jakość kształcenia” (antyplagiaty), oceny parametryczne itd. Inne poza edukacją obszary dostarczyłyby zapewne równie pasjonujących i dających powody do kabaretowej zabawy przykładów – warto zachęcić dziennikarzy do drążenia tematu wykorzystania środków unijnych.

Jedno nie ulega wątpliwości: król pomocy unijnej jest nagi. Gdyby sensownie wydawano te pieniądze, to tempo wzrostu gospodarczego mogłoby być co najmniej dwa razy wyższe, szybciej skracalibyśmy dystans do krajów Zachodu Unii Europejskiej. To prawda, że powstały - niestety fatalnie wykonane, ale są – autostrady, którymi jednak lepiej się jeździ niż dawniejszymi drogami szybkiego ruchu; powstało trochę ładnych budynków i miejsc rekreacji i wypoczynku, które też są ludziom potrzebne. Ale pozycję kraju w Europie określa przede wszystkim przemysł, jak to mówimy w ekonomii, ośrodki wytwarzania wysokiej wartości dodanej, czyli dobrze płatne i trwałe miejsca pracy oraz zyski zostające w kraju, a nie transferowane poza jego granice.

Pieniądze tak po prostu zrzucane z helikoptera i wyłapywane przez tych, którzy mają dłuższe i lepkie ręce nigdy nie dawały trwałego wzrostu gospodarczego i nie budowały siły gospodarczej jakiegokolwiek kraju. Dałyby je tylko wtedy, gdyby były przez kompetentnych dysponentów lokowane w budowę trwałych, przemysłowych podstaw rozwoju gospodarczego – a tego niestety nam brakuje.