Już tylko kilka godzin zostało do ciszy wyborczej - absurdalnego, zwłaszcza w dobie nowych mediów, zakazu prowadzenia agitacji politycznej. Ale warto w tym momencie podsumować ten sezon wyborczy, który z trudem można nazwać kampanią.
Ostatnie dwa miesiące - teoretycznie czas kampanii wyborczej tylko z założenia ją przypominał. Tak naprawdę był to po prostu moment, gdy polityki w mediach było trochę więcej, podobnie zresztą jak polityków na ulicach. Tylko ostatni tydzień nieco przypominał prawdziwą walkę wyborczą.
Przez ostatnie dwa miesiące nie było zaskakujących zwrotów akcji, błyskotliwych akcji sztabowców, wpadek polityków, desperacko naprawianych gaf, oratorskich popisów, wydarzeń które zmieniają losy pędzącego błyskawicznie wyścigu wyborczego. Zabrakło także kreatywnych działań w internecie i ciętych ripost w debatach liderów, z tej prostej przyczyny że tych debat zabrakło.
Zamiast tego było po prostu nudno, przewidywalanie, ślamazarnie i odtwórczo. Nadęte do granic możliwości oczekiwania zakończyły się spektakularnym rozczarowaniem. Miała to być najbardziej zaciekła i najważniejsza kampania po 89 roku. Zamiast tego, była to tylko kampania na miarę naszych możliwości.
Ale nawet w tym okresie "kampanii której nie było" można wyróżnić kilka rzeczy. Po pierwsze, nie było w niej wyraźnego tematu przewodniego. Żadnej z partii nie udało się ustawić meta-tematu który zdefiniowałby całe starcie. Zamiast tego, każde ugrupowanie wytworzyło swoje własne tematy, w zasadzie bez większej interakcji. Tylko "Merkelgate" oraz rosnąca popularność Janusza Palikota stały się polem poważniejszych starć. Jednym z niewielu zaskoczeń w czasie kampanii był w zasadzie tylko temat opłat za przedszkola.
Po drugie, przez ostatnie dwa miesiące było widać wyraźnie jedną podstawową cechę naszej polityki, a mianowicie całkowite wyparcie przez sferę "środków i metod przekazu" sfery tzw. issues. Używając terminologii amerykańskiej, sferę polityczną można podzielić na politics - czyli na to co nazywamy PRem, metodami przekazaniu i na policy czyli na realne zagadnienia programowe, czy też może raczej postulaty konkretnych działań w określonych sferach.
W Polsce jedno stało się drugim. Dlatego też akcja ze sfery politics, jak np. wprowadzenie do "kampanii" przez PiS - zresztą bardzo udane - tzw. aniołków czyli grupy miłych i sympatycznych młodych kobiet mogło zostać uznane za jakąkolwiek "propozycję" dla młodych ludzi. Po tym zagraniu PiS, natychmiast wytworzył się problem dla PO - jak "odzyskać" szanse u młodych. Tymczasem raport ministra Boniego, będący realnym dokumentem ze sfery policy stał się tylko przekleństwem dla Platformy, bo to właśnie ten raport wprowadził do obiegu termin "umowy śmieciowe". Platforma nie miała bowiem gotowej PRowskiej sztuczki która pozwoliłaby sprawić że ten dokument stałby się jej bronią, a nie wpadką. PiS miał za to "aniołki", co w zasadzie zakończyło temat młodych ludzi w kampanii.
SLD za swój argument uznało zaś to że ma program. Niestety, to był jeden z niewielu argumentów które ta partia wysunęła w czasie kampanii wyborczej, a ponieważ natura nie znosi próżni, Janusz Palikot w umiejętny sposób tą próżnie zapełnił. Jedna z ostatnich konferencji prasowych SLD w tej "kampanii" odbył się na tle lasu, co doskonale ilustruje miejsce w którym obecnie znajduje się Grzegorz Napieralski. Na horyzoncie dla SLD nie ma nawet czarnego konia, którego politycy PJN przyprowadzili dziś na konferencję prasową, która swoją drogą była skrajnym ucieleśnieniem dewizy "show, don't tell" (pokazuj, a nie mów).
Platforma miała słabą, a momentami wręcz żenującą kampanię, gdyż była po prostu mniej konsekwentna i kreatywna w wymyślaniu kolejnych sztuczek. Na szczęście dla tej partii Donald Tusk miał całkiem niezłą kampanię - "Autobus Tuska" był jednym z niewielu dobrych, i pod pewnym względem autentycznych pomysłów w tym całym wyborczym starciu. To właśnie ten pomysł uratował Platformę przed całkowitym zaprzepaszczeniem jej szans na zwycięstwo. Tylko czy nie przyszedł za późno?
Można powiedzieć, że przecież nic się nie stało. W końcu nie ma chyba żadnych realnych tematów, którymi moglibyśmy się niepokoić i wobec których politycy powinni się ustosunkować. Strefa euro jest jak wiemy stabilna jak nigdy. Polska nie stoi przed problemami demograficznymi, fiskalnymi, systemowymi i w zasadzie żadnymi innymi. Sytuacja Europy i świata jest idylliczna, a prognozy na przyszłość - czysto optymistyczne. Nie ma czym się denerwować ani też nie ma czego wymagać od polityków.
Nie wiem kto będzie zwycięzcą w niedzielę. Mam wrażenie że wieczór wyborczy pod względem emocji tak dużym rozczarowaniem jak cały okres przed nim.
Ale wiem na pewno kto przegrał w tej kampanii. To Polacy, a przynajmniej ta grupa, która ma jakieś oczekiwania wobec klasy politycznej. Taka moim zdaniem jest naga prawda o tych wyborach, chociaż nie tak naga jak Katarzyna Lenart, która swoim spotem bardzo dobrze podsumowała stan całej polskij polityki.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/119920-kampania-ktorej-nie-bylo-kilka-uwag-przed-cisza-wyborcza
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.