Gdański Areopag. Jak ślepcy z wielką swadą rozprawiali o kolorach. I co z tego wynika?

Całkiem przypadkiem obejrzałem w TVN 24 finałową, jak oznajmiono, debatę z cyklu „Gdański Areopag”. Przyznaję się do małej wiedzy - podobno cykl trwał 12 lat i  skupiał największe autorytety, ale mam na ten temat niewiele do powiedzenia, bo go nie śledziłem. Przeczytałem na stronie internetowej Dziennika Bałtyckiego, że był on obiektem swoistego snobizmu. Oglądając część ostatnią, mogę to zrozumieć.

Będę się odnosił wyłącznie do niej. Na wspaniałych krzesłach posadzono prezydenckiego ministra Tomasza Nałęcza, ambasadora Anglii Robina Barnetta, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Marka Safjana i szefa Europejskiego Centrum Solidarności Jana Basila Kerskiego. W roli prowadzących wystąpili dziennikarz TVN 24 Maciej Wierzyński i językoznawca Jerzy Bralczyk.

Nie mam zamiaru dyktować komukolwiek, w jakim gronie organizować jakie dyskusje. Polskie życie polityczne, medialne i umysłowe ulega coraz większemu pokawałkowaniu. Coraz częściej, i to po wszystkich stronach, wolimy się spotykać we własnych gronach (mnie także to, niestety,  dotyczy). Mógłbym próbować wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje, a nawet poszukać winnych, ale zrobię to przy innej okazji.

Jednak jeśli ktoś organizuje na najwyższym szczeblu i przed kamerami panel pod tytułem ”Debata czy bitwa” i próbuje przy jego pomocy diagnozować przyczyny i naturę obecnych podziałów, warto byłoby sięgnąć po chociaż trochę zróżnicowane grono. Skoro pytanie brzmi: dlaczego się tak mocno bijemy, kiedy i jak do tego doszło, warto by dać głos jednym i drugim (a może trzecim i czwartym, bo przecież nie mamy do czynienia z tylko jedną linią podziału). Padłyby wtedy różne odpowiedzi, zderzyłyby się różne stanowiska. Może doszłoby do jakiegoś ich zbliżenia, a może przynajmniej spisano by protokół rozbieżności.

Postąpiono dokładnie odwrotnie – pomijając całkiem zewnętrzną osobę angielskiego ambasadora.

A przecież nie jest prawdą, że takie spotkania ponad podziałami są dziś całkiem niemożliwe. Dam dwa przykłady. Przedstawiany często jako politycznie jednostronny prezydent Lech Kaczyński potrafił na swoje seminaria w Lucieniu ściągać w jednym i tym samym momencie profesorów Krasnodębskiego, Śpiewaka i Sadurskiego, oraz Aleksandra Smolara. Czytając po kilku latach stenogramy tamtych spotkań, a zrobiłem to całkiem niedawno, mamy poczucie, że działo się tam coś ważnego, nawet jeśli z różnych powodów niewykorzystanego.

Z drugiej strony gdański liberał Jan Szomburg także potrafi spraszać na swoje kolejne Kongresy Obywatelskie zróżnicowane grona osób. Jeśli te zjazdy nie odciskają większego piętna na polskim życiu społecznym, to z powodu ich nadmiernie przeładowanych programów, a w efekcie zbyt zdawkowych i pośpiesznych dyskusji. Szomburg potrafi jednak przynajmniej nakłonić do obecności na jednej sali ludzi różnych, często ze sobą skłóconych – czy rzecz dotyczy polityki międzynarodowej czy edukacji czy tak fundamentalnych zagadnień jak kultura dialogu właśnie. Jednak da się.

Uczestnicy ostatniej debaty z cyklu „Gdański Areopag” mieli chyba poczucie fałszu sytuacji, gdy rozmawia się samemu ze sobą. Unikali więc wyrazistych sądów, kontentując się patetycznymi zaklęciami i retorycznymi pytaniami w stylu: „Co robić żeby możliwa była w Polsce prawdziwa rozmowa?”. Ponieważ nie było konkretów, nie padły też żadne odpowiedzi. Wysłuchaliśmy garści banalnych narzekań na ludzi, którzy uważają, że mają 100 procent racji. Albo na media, które „podsycają konflikty”.

Co więcej, obserwując tak wyrafinowanych ekspertów od zjawiska dialogu, pozwoliłem sobie na osobiste wspomnienia. Oto profesor Safjan szczególnie mocno powoływał się na księdza Tischnera przestrzegającego przed sytuacją, gdy dialog zmienia się w monolog.

W roku 2007 zostałem zaproszony do Fundacji Batorego na debatę poświęconą bardzo wtedy spornej ustawie lustracyjnej. I odczuliśmy razem z Igorem Janke na własnej skórze uroki pluralizmu a’  la liberalno-lewicowy salon.

Mieliśmy przeciwko sobie czterech pozostałych panelistów, i zresztą całą salę, która okazywała naszym poglądom ostentacyjną pogardę i lekceważenie. Nie odniosłem wrażenia aby zasiadający obok nas za jednym stołem profesor Safjan się tym szczególnie zmartwił. Jego własne stanowisko były nacechowane pełnym i konsekwentnym zamknięciem na cudze racje. Teraz zaś w Gdańsku opowiadał, jak to warto słuchać uważnie odmiennych argumentów i nie przypisywać sobie 100 procent słuszności.

Zawsze mam w takich przypadkach wrażenie, że to żądanie kierowane jest do wszystkich poza tymi, którzy je wypowiadają. Za to patosu, za to mądrych min, było co niemiara. Sala klaskała gorąco, jest przecież przyzwyczajona do takiego intensywnego krążenia idei. Rzeczywiście "Dziennik Bałtycki" miał rację: snobizm tam aż buzował. A myśl?

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych