Nie trzeba mnie przekonywać, że to straszne kiedy ginie pięciu ludzi. Należy im się żałoba i modlitwa – rodzinom wsparcie: materialne i duchowe.
Zarazem jednak nigdy dość przypominania, że zawód tych ludzi polega czasem na zabijaniu, a czasem na ryzykowaniu śmiercią. Rozumiem, że śmierci każdego Polaka nadaje się rozgłos. Ale w tonie czasem lekko maskowanej, a czasem niemaskowanej pretensji do władzy, jaką oferuje nam większość mediów, jest coś absurdalnego. Jeśli nigdy żaden polski żołnierz ma nigdzie nie zginąć, wyrzekamy się wszelkiej polityki. W skrajnym przypadku nawet obrony własnego kraju.
Naturalnie czymś innym jest debata polityczna o sensie i bezsensie tej konkretnej misji. W demokracji w pełni uprawniona. Ale podejmowanie jej akurat w rytm kolejnych śmierci także wydaje mi się też cokolwiek niestosowne – to może być dodatkowy argument, ale gdyby był przesądzający, nie mielibyśmy prawa jako naród ruszyć ręką ani nogą.
Przypomnę, że w tym przypadku chodzi o zobowiązania sojusznicze. Jeśli chcemy żywić nadzieję, że nam ktoś w jakikolwiek sposób pomoże w sytuacji zagrożenia, nie możemy wyznawać ducha błogiej izolacji. Naturalnie możemy też uznać zasady rządzące NATO za generalnie niesprawiedliwe. No ale to powiedzmy głośno, że nie potrzeba nam udziału w takim systemie, że poradzimy sobie w każdej sytuacji sami. Nikt tego się jakoś powiedzieć nie kwapi.
Te uwagę kieruję w szczególności pod adresem szeroko pojętego świata samej władzy. Można zmieniać własne decyzje, ale nie powinno się w czasie, kiedy one jeszcze obowiązują, fundować swojemu społeczeństwu atmosfery defetyzmu, wątpliwości i lekceważenia wojennego wysiłku, bo prowadząc choćby najodleglejszą i najmniejszą wojenkę już w tym momencie przegraliśmy. Tak odbieram niektóre wypowiedzi oficjalnych postaci. Jeśli widzę generała Stanisława Kozieja dywagującego w telewizji nad bezsensem całej afgańskiej operacji, przypominam on nie jest niezależnym ekspertem a szefem prezydenckiego BBN. A w ten sposób zabija ostatecznie ducha: w całym społeczeństwie, a więc pośrednio i w samych żołnierzach.
Publicyści takich zobowiązań nie mają, mogą pisać co chcą. Ale ja mogę się z nimi nie zgadzać. W komentarzu Tomasza Wróblewskiego w „Rzeczpospolitej” po sensownym przypomnieniu, że zabici byli ochotnikami walczącymi dobrowolnie, czytam, że polskie władze powinny nas za udział w afgańskiej operacji przeprosić. Nie mamy z niej bowiem żadnych korzyści: na przykład szkolenie polskich żołnierzy w wojnie antypartyzanckiej jest nam kompletnie niepotrzebne. Jest to kwadratura koła: jeśli same interwencje mają sens, powinniśmy się przygotowywać do kolejnych. Jeśli nie są potrzebne, trzeba to udowodnić.
Wróblewski trochę to udowadnia: wszyscy łącznie z amerykańskim prezydentem wątpią w sens tych działań, nie udało się zmienić natury Afganistanu, tak jak wcześniej – to już moja uwaga – nie udało się zmienić natury Iraku. Możliwe, że tak jest, możliwe, że zaangażowanie jest zbyt małe, możliwe, że NATO popełniło błędy, a możliwe, że nic by się nie dało zrobić bez względu na własny wysiłek (albo większy wysiłek się nie opłacał). Czy jednak porażka jednej, drugiej a nawet dziesiątej akcji policyjnej w wielkim mieście oznacza, że mamy zrezygnować z policji, albo trzymać ją wyłącznie w komendach?
Przecież interwencja afgańska nie wynikała tylko z idealistycznej, ale faktycznie nieco utopijnej wiary amerykańskich neokonserwatystów, że wszędzie da się zaprowadzić demokrację, jeśli trzeba to i siłą. Założenie, że w Iraku była broń masowego rażenia okazała się błędna. Założenie, że Afganistan zdominowany przez talibów jest rozsadnikiem międzynarodowego terroryzmu, było prawdziwe. A ten terroryzm zwłaszcza dziś w świecie coraz bardziej globalnym, dotyczy i nas.
OK., Amerykanie nie wygrali, tak jak nie wygrali kiedyś całkiem innej wojny w Wietnamie. Ale czy to wyłącznie okazja do konkluzji: nas nigdzie być nie powinno? Z założenia? I jak polscy politycy mają przewidzieć zawczasu finał takich działań. Przypomnę, tu nakłada się odpowiedzialność trzech ekip: lewicy, PiS i PO. Ja zaś nie piszę tego w interesie którejś z nich. Po prostu pytam, jaką filozofię mamy obrać, jeśli chcemy, a zakładam ze chcemy aby świat był odrobinę bardziej bezpieczny.
Natomiast realnym powodem do ewentualnego oburzenia są powracające od czasów wyprawy do Iraku informacje o kiepskim wyszkoleniu i wyposażeniu naszego wojska. Przypomnę, że stały się one kiedyś powodem dramatycznego wystąpienia a potem dymisji generała Waldemara Skrzypczaka.
To trzeba badać i słusznie Solidarna Polska zażądała posiedzenia komisji obrony, o ile tylko będzie umiała dowieść, że zaniedbania mają jakiś związek z tą tragedią. Skądinąd te zaniedbania powinny być nagłaśniane i tępione. Tu nie ma miejsca na fałszywą lojalność wobec armii, a tak naprawdę wobec wojskowej biurokracji.
Za to dopóki ta ekspedycja trwa, nie wmawiajmy naszym żołnierzom, że ich obecność tam to ponury żart historii.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/124185-zolnierze-musza-czasem-ginac-a-rzady-czasem-ryzykowac-nawet-i-ugrzezniecie-w-obcym-swiecie-nie-ma-za-co-przepraszac
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.