Relacja korespondenta radiowego jednej z głównych polskich stacji brzmiała dramatycznie. Oto wyobraźcie sobie państwo, o czym donosił ten reporter z Budapesztu, zamordyzm orbanowski zaszedł tam tak daleko, że wielkie stacje telewizyjne wolą nie ryzykować i w ogóle wyrzucają z ramówek audycje publicystyczne. Co więcej, grzmiał dziennikarz, jedyna opozycyjna stacja radiowa ma poważne problemy z koncesją i nowymi częstotliwościami. W domyśle - zupełnie inaczej niż u nas, gdzie wielkie stacje nikogo i niczego się nie boją i żadnej publicystyki nie likwidują! Ale co się dziwić - brzmiała puenta - skoro Orban ma wpływ w swoim państwie na wszystko.
Wziąłem łyk kawy i zerknąłem na prasę. Co tam u prezydenta z Platformy? A, był na winku z Januszem co się kleru nie boi. Co tam u premiera z Platformy? A, spotkał się z liderką frontu prorządowego Janką Paradowską. Jak się żyje szefowi Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (legitymację na chwilę oddał)? A, właśnie udowodnił jedynej nie zaprzyjaźnionej stacji telewizyjnej, że może dać koncesję na multipleks nadawcy, który nie zatrudnia nawet jednego pracownika, a nie jej, działającej od dekady. I potrafi przy tym utrzymywać poważną minę opowiadając o równych szansach, prawie, odpowiedzialności. Jak będzie to wspominał na żaglach z prezydentem to śmiechu zapewne będzie po pachy!
I tak się toczy nasza polska debata o Węgrzech. Media perfekcyjnie potrafią opisać na czym polega, jak wygląda tworzenie monopolu władzy. Z odwagą umieją twierdzić, że to groźne. I po staremu potrafią pominąć kontekst. Na przykład to, że Orban doszedł do władzy po rządach do cna skorumpowanych i skompromitowanych, po amoralnej ekipie postkomunistycznej, która "rozkradła wszystko, co było gęstsze od powietrza".
Na jednej stronie dowodzą, że wszystko w danym państwie w rękach jednej partii to zagrożenie demokracji. Na drugiej szydzą z tych, którzy z tego właśnie powodu są zaniepokojeni sytuacją w Polsce. A więc? Jedno czy drugie?
Z trzeciej strony podejrzewam, że ta stronniczość im się wkrótce znudzi i w Brukseli wprost zapiszą w kolejnym traktacie, że demokracja jest wtedy gdy rządzi lewica (nawet postkomunistyczna) a dyktatura, kiedy rządzi prawica lub inne siły na serio biorące prawo do samostanowienia. I że referenda uznaje się tylko wtedy kiedy przynoszą właściwy wynik.
A co - wolno im. Moc, siła jest z nimi. Ale niech się nie zdziwią, jak poddawani takiej nieprzyzwoitej tresurze obywatele Unii to wszystko któregoś dnia rozwalą. Na tym kontynencie nie takie potęgi, niemoralnie budowane, padały.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/125954-niech-sie-w-brukseli-nie-zdziwia-jak-poddawani-takiej-nieprzyzwoitej-tresurze-obywatele-unii-to-wszystko-ktoregos-dnia-rozwala
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.