Konfederacja z Niemcami to koniec podmiotowości politycznej i gospodarczej Polski

fot. PAP/EPA
fot. PAP/EPA

Każdy, kto proponuje – jak dziś kolejny raz to uczynił Krzysztof Kłopotowski – jakikolwiek ściślejszy związek polityczny z Niemcami poza oficjalnymi strukturami międzynarodowymi jak UE czy NATO, musi mieć świadomość, że to zgoda na bycie przedmiotem w kondominium niemiecko-rosyjskim.

Wie to nawet ktoś taki, jak Radosław Sikorski, który w przypływie szczerości, będąc pewny, że jego słowa nie dotrą za pośrednictwem portalu Wikileaks do opinii publicznej, latem 2008 r. nazwał Niemcy „koniem trojańskim Rosji w Europie”.

Przypomnijmy kontekst tej wypowiedzi. Padła ona w poufnej rozmowie z sekretarzem stanu USA w czasie, gdy decydowały się losy Gruzji zaatakowanej przez Rosję. Osobista rola kanclerz Angeli Merkel (i prezydenta Francji, ale w naszej sytuacji geopolitycznej, prorosyjskość Paryża jest mniej dla nas niebezpieczna) w Unii Europejskiej i NATO sprowadzała się w zasadzie do osłabiania reakcji Zachodu wobec agresywnych poczynań Władimira Putina.

Niemcom to się udało i odpowiedź świata zachodniego była wyjątkowo słaba co skutkowało częściowym rozbiorem zaatakowanego przez Rosję kaukaskiego kraju.

Sikorski zrobił wzmiankę o niemieckim koniu trojańskim słusznie i dlatego trzeba się kiedyś będzie dowiedzieć, co nim kierowało cztery lata później, że zdecydował się np. na wiernopoddańcze „expose” w Berlinie. Bo przecież nic się nie zmieniło pomiędzy Berlinem a Moskwą. Chwilowe ochłodzenie relacji, które politolodzy nazwą być może kiedyś „kryzysem Pussy Riot”, na pewno nie świadczy o zmianie polityki naszego zachodnie sąsiada wobec Kremla.

Kłopotowski pisze o konieczności racjonalnego przemyślenia jakiejś konfederacji polsko-niemieckiej. To niebezpieczne mrzonki. Potencjał i cele geostrategiczne Niemców są zbyt różne od naszych, aby Berlin brał pod uwagę jakieś nasze potrzeby polityczne. A gospodarcze tylko takie, które im samym się opłacają teraz lub w przyszłości.

Warto zwrócić uwagę na artykuł, który się właśnie ukazał w konserwatywnym „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Konrad Schuller, korespondent „FAZ” w Polsce i na Ukrainie skrytykował postawę byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który jakoby stara się złagodzić krytykę świata wobec władz Ukrainy w kontekście uwięzienia Julii Tymoszenko.

Schuller pisze:

Aby się to powiodło (misja Kwaśniewskiego – przyp. red.), jego otoczenie musiałoby przedstawić wyrok jako coś mało istotnego lub udowodnić, że Julia Tymoszenko i Jurij Łuczynko zostali skazani zgodnie z prawem. Takie argumenty wysunęła ostatnio Polska, dla której stabilne stosunki z Ukrainą, niezależnie od charakteru kierownictwa tej ostatniej, stanowią geostrategiczne ubezpieczenie na życie przeciwko Rosji.

A więc Niemcy doskonale wiedzą, że wolna Ukraina, w dalszej perspektywie także Białoruś i niezależne państwa bałtyckie, to być albo nie być suwerennej Polski i jej zabezpieczenie od Rosji. Mimo to przechodzą oni nad tą wiedzą do porządku dziennego. Dlaczego?

Odpowiedź jest banalna. Dla Niemiec ważniejszy jest komfort Moskwy niż bezpieczeństwo Polski. Ukraina uważana jest za „zbuntowaną” część Rosji, która kiedyś wróci do „macierzy”. Berlin robi więc wszystko, aby ten powrót ułatwić i przyśpieszyć, np. poprzez odsunięcie Ukrainy od Zachodu, czego w tym samym artykule Schuller jest w zasadzie pewny, że tak się w końcu stanie, bez względu na to, czy ukraińskie wybory przebiegną spokojnie, czy nie.

Sprawę Julii Tymoszenko Niemcy traktują jako wygodny pretekst izolowania Kijowa. Podobne postępowanie z opozycjonistami w Rosji Berlina mało obchodzi.

Niemcy już dziś nie chcą traktować naszego kraju podmiotowo, o czym świadczy chociażby nieprzestrzeganie traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 r. w kontekście braku wsparcia dla organizacji polonijnych w Niemczech.

Zainwestowane przez lata potężne pieniądze na budowę lobby polityczno-medialnego przynoszą owoce, co widać na codzień w telewizjach i gazetach, ale na szczęście jeszcze nie powstała wspólna platforma polityczna. Gdyby już istniała, to niepotrzebny byłby jakiś krytyczny artykuł w „FAZ”, Berlin po prostu zabroniłby Warszawie kontaktów z władzami w Kijowie. Bo po co drażnić przyjaciół w Moskwie?

Ewentualne powstanie konfederacji polsko-niemieckiej ma zapewne wedle pomysłodawców dać nam gwarancję obrony przed agresją Rosji. To niebezpieczne złudzenia. Ryzyko, że stalibyśmy się wówczas jedynie politycznym „meblem”, który będzie ustawiany wedle potrzeb przez niemieckich i rosyjskich partnerów w ich wspólnej „zonie”, jest zbyt duże, aby czynić kroki w tym kierunku.

Identycznie jak Niemcy poświęcają na naszych oczach Ukrainę, Gruzję i inne kraje Europy Wschodniej dla wygody i komfortu Rosji, tak samo bez zmrużenia oka zrobią z nami, gdy będą władni to robić i gdy tylko uznają, że da im to polityczne lub ekonomiczne frukta.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych