Paweł Burdzy z Waszyngtonu: w studio spokojnie, na wiecach gorąco. Ostatnia prosta amerykańskich kandydatów

PAP / EPA
PAP / EPA

Wbrew oczekiwaniom ostatnia debata telewizyjna przed wtorkowymi prawyborami Partii Republikańskiej na Florydzie, nie przerodziła się w totalną wojnę Mitta Romneya i Newta Gingricha. Panowie ze sobą polemizowali, ale do walki na gołe pięści było daleko.

Jeśli kampania Mitt Romneya zapłaciła dużo pieniędzy nowemu trenerowi od debat (wcześniej przygotowywał Michelle Bachmann), to były to dobrze wydane pieniądze. Podczas czwartkowej debaty (podobnie zresztą jak w poniedziałkowej) kandydat znów górował nad rywali. Brzmiał mocno i wiarygodnie, umiejętnie atakował głównego rywala – Newta Gingricha i świetnie parował jego ataki.

Romney po raz kolejny wypomniał Gingrichowi, że ten pracował dla Freddie Mac (wspieranej przez rząd federalny instytucji udzielającej kredytów hipotecznych), odpowiedzialnego za stworzenie spekulacyjnej bańki na rynku nieruchomości. Gdy Gingrich zarzucił mu, że jako najbardziej „anty-imigracyjny” z kandydatów chce deportować „babcie i dziadków”, którzy żyją nielegalnie w Ameryce po 20-30 lat, Romney trzeźwo zauważył:

Naszym problemem nie jest 11 milionów staruszek, ale 11 milionów nielegalnych imigrantów, którzy zabierają pracę Amerykanom. Jestem za imigracją, ale legalną! – co publiczność nagrodziła owacją. Kolejną owację Romney dostał za obronę swego majątku. – Sam zarobiłem pieniądze, które mam. Jestem dumny z tego, że odniosłem sukces w systemie wolnorynkowym. I nie będę się tego wypierał

– powiedział.

Wbrew oczekiwaniom Newt Gingrich nie zdominował debaty. Pytanie czy to lekkie wycofanie było zamierzone (żeby nie wyglądać na zbyt rozemocjonowanego i zbyt agresywnego) czy wynikało z presji Romneya. Gingrich został wyśmiany za swój bardzo ambitny plan (w duchu prezydenta Johna Kennedego), zgłoszony przed kilkoma dniami na spotkaniu z pracownikami NASA: doprowadzenia do założenia do 2020 r. ... amerykańskiej bazy na Księżycu. Romney powiedział, że gdyby ktoś do niego przyszedł z pomysłem wydania „kilkuset miliardów na kolonię na Księżycu”, powiedziałby mu z miejsca „zwalniam cię”. Rick Santorum stwierdził, że w budżecie federalnym nie ma miejsce na takie fanaberie a w z związku z ogromnym zadłużeniem, on  sam będzie „każdego roku zmniejszał wydatki rządowe”.

Nie sądzę, że powinniśmy lecieć na Księżyc, ale może powinniśmy wysłać tam niektórych polityków – podsumował Ron Paul, podkreślając żelazne punkty swego programu: powrót do parytetu złota i obcięcie wydatków rządu federalnego o 1 bilion (czyli 1.000 miliardów) dolarów w pierwszym roku urzędowania..

Jednak Gingrichowi udało się dwa razy – ku uciesze i aplauzowi 700-osobowej publiczności – przebić ze swoim populizmem. Raz, gdy prowadzący zadał pytanie o majątek Romneya, spektakularnie oburzył się na to „absurdalne pytanie”, proponując w zamian skupienie się na „pomysłach jak rządzić Ameryką”. Drugi raz dostał burzę oklasków, gdy wspomniał o „agresywnej wojnie przeciw religii a chrześcijaństwu w szczególnosci, prowadzonej przez zsekularyzowane elity, wykładowców uniwersyteckich i media”.

Koniec debat, walka w terenie

Podsumowując: w 18. debacie telewizyjnej prawyborów zwyciężyli Mitt Romney i... Rick Santorum, który momentami wręcz dominował. Dla biegłego w debatowaniu Gingricha nie był to najlepszy występ i co gorsza – następna szansa zabłyśnięcia przed telewizyjną widownią dopiero... 22 lutego. Ale ostra walka trwa na ulicach miast i miasteczek Florydy oraz – na reklamówki - w eterze. A tutaj na Gingricha spadła istna lawina oskarżeń i ataków. Romney i wspierający go establishment Partii Republikańskiej (po Johnie McCainie do ataków przyłączył się kolejny były kandydat, sen. Bob Dole) oskarżają Newta, że nie jest żadnym oustsiderem (lobbystą i do tego żyje w wygodnej posiadłości pod Waszyngtonem), jest niebezpieczny i „niestabilny emocjonalnie”  a jego nominacja oznacza pewną reelekcję prezydenta Obamy. Przez ostatnie dwa dni zarzucono mu nawet największą zbrodnię, jakiej mógłby się dopuścić Republikanin, a mianowicie krytykę Ronalda Reagana (ilość świadków i świadectw jaka nagle pojawiła się w tej sprawie oburzyła nawet ikonę konserwatystów Rusha Limbaugh, który nazwał ją „skoordynowaną akcją” mającą na celu unicestwienie szans Gingricha).

Gingrich nie pozostaje dłużny, oskarżając partyjny establishment o obrzucanie go „błotem” i „śmieciami”, bo tylko on tak naprawdę chce i może zmienić Waszyngton. Twierdzi, że jako jedyny jest w stanie pokonać Obamę, bo przecież nie Romney, człowiek „z kontem w banku szwajcarskim, drugim na Kajmanach i z akcjami Golden Sachsa” – banku, który zajmuje się przejmowaniem domów na Florydzie od ludzi, których nie stać na spłatę kredytu hipotecznego. Trzeba przyznać, że po wycofaniu się Ricka Perrego i słabszych notowaniach Santorum, większość zwolenników Tea Party zaczęła się skupiać wokół Gingricha. Na jego wiece przychodzą tłumy entuzjastów (nawet po 3-5 tys.) a 42 stanowe organizacje ruchu herbacianego zadeklarowały poparcie. W ostatnich dniach przed wtorkowym głosowaniem, Gingricha na wiecach ma wspierać Michael Reagan, syn ikony Partii Republikańskiej, uważany za jedynego prawowitego spadkobiercę tradycji 40.prezydenta USA.

Czyja narracja się przebije?

Po ostatniej debacie telewizyjnej  a także orędziu o stanie państwa wygłoszonego przez ubiegającego się o reelekcję Baracka Obamę, wiemy już jakie „narracje” (używając określenia nieocenionego Eryka Mistewicza) pięciu kandydatów (Obama i jego czterech republikańskich rywali) będą starali się zaserwować wyborcom. Oto one:

Prezydent Barack Obama zdaje się konsekwentnie realizować zarysowaną jeszcze na jesieni strategię opisywania wyborów jako podziału na linii bogaci kontra klasa średnia. Przedstawicielem bogaczy (1-2 proc. społeczeństwa) będzie Mitt Romney (Demokraci obstawiają, że to on ostatecznie zdobędzie nominację) a rola „obrońcy klasy średniej” przypadnie prezydentowi. Stąd w orędziu tak mocno Obama podkreślał, że

trzeba zbudować gospodarkę, w której każdy ma szansę na sukces, każdy ponosi sprawiedliwą część kosztów i wszyscy grają według tych samych zasad.

A na czym ma polegać ponoszenie sprawiedliwej części kosztów wyjaśnia propozycja prezydenta, aby każdy kto zarabia powyżej 1 miliona dolarów, zapłacił co najmniej 30 proc. podatek. W tej narracji kandydat Romney – ze swoim 200-300 milionowym majątkiem, efektywną stopą opodatkowania ok. 15 proc. i sześcioma nieruchomościami – ma wyglądać jak oderwany od rzeczywistości bogacz.

Mitt Romney chce z kolei przekonać uczestników prawyborów, że jako jedyny jest w stanie pobić Obamę. W przeciwieństwie do „pesymistycznego” prezydenta, który w swoim życiu „nie zarządzał niczym”, ma doświadczenie w biznesie i wie jak tworzyć miejsca pracy a jako gubernator lewicującego stanu Massachusetts potrafił wprowadzać potrzebne reformy ponad partyjnymi podziałami (choćby reforma tamtejszego systemu ochrony zdrowia). Jego zdroworozsądkowa wizja Ameryki ma kontrastować z pomysłem Obamy:  „wielkiej transformacji” USA w kierunku wzorowanego na Europie Zachodniej bankrutującego, „socjalnego państwa dobrobytu”.

Newt Gingrich też stawia na pobicie Obamy, tego „najbardziej niebezpiecznego w swym radykalizmie prezydenta” naszych czasów, zagrażającemu wizji Ameryki zarysowanej przez Ojców Założycieli. I stara się przekonać doły Partii Republikańskiej, że o Biały Dom może zawojować tylko „odważny konserwatysta” wywodzący się z tradycji Ronalda Reagana, a nie „nijaki” i wciąż zmieniający poglądy, były gubernator stanu Massachusetts.

Rick Santorum to twardy konserwatysta ale w sprawach socjalnych, trochę na lewo od dwóch głównych konkurentów. Z racji pochodzenia (jego dziadek był biednym imigrantem z Włoch i pracował w kopalni) i poglądów stara się kreować na czempiona także biedniejszej części klasy średniej a przede wszystkim pracowników najemnych (stąd w jego programie obniżenie do zera podatku dla firm, które przeniosą swe fabryki z powrotem do Ameryki). Jego pomysł na kampanię polega na trwaniu tak długo, jak pozwolą siły i zasoby finansowe. W nadziei, że nieobliczalny Newt Gingrich zacznie spadać w sondażach i będzie można przejąć od niego przywództwo dużej grupy Republikanów, deklarujących poparcie dla „każdego, byle nie Romney”.

Ron Paul jako jedyny w całej stawce nie prowadzi właściwej walki o nominację, ale przewodzi „wolnościowej rewolucji”. Jego libertariańskie poglądy (powrót do opartego na Konstytucji „ograniczonego rządu” i parytetu złota, drastyczne ograniczenie wydatków rządowych i redukcja roli Rezerwy Federalnej, wreszcie apologia indywidualnej wolności i sprzeciw wobec aktywistycznej polityki zagranicznej, zwłaszcza militarnej) nie dają mu większych szans na zwycięstwo. Ale Paul nie rezygnuje. Ma nadzieję, że entuzjastyczne tłumy zwolenników dadzą mu w prawyborach wystarczającą liczbę delegatów, aby podczas konwencji Partii Republikańskiej skutecznie wpłynąć na zmianę programu w kierunku bardziej zgodnym z libertariańskim credo.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych