Czepiamy się Aleksandra Kwaśniewskiego, to znaczy – ja osobiście nie, bo też uważam, że z Palikotem na trzeźwo spotkać się nie sposób – a tu tymczasem, gdy były prezydent coś tam, coś tam, trzeźwi podobno ludzie opowiadają takie bzdury, że na usta ciśnie się tylko jedno dwuczłonowe pojęcie: homo oszołom. Bo trzeba nim być, by jak reżyser Maciej Nowak, specjalista kulinarny bardziej niż artysta, twierdzić, że od wypowiedzi Joanny Szczepkowskiej, która wyjątkowo łagodnie ośmieliła się wspomnieć o gejowskim lobby w polskim teatrze, zaczęło się w Polsce – twierdzi Nowak - „polowanie na gejów”.
Fe, nieładnie, któż tak kłamie, panie „rezyseze”, polowanie na homoseksualistów trwa w Polsce od dawna, a jego arenę stanowią choćby coroczne nabory do teatrów dramatycznych czy castingi do ról filmowych, tanecznych lub operowych. Idź pan tam, jak mawia Lech Wałęsa, i się przypatrz, to pan zobaczysz, jak wygląda prawdziwe, nie wyssane ze słonego paluszka, polowanie na gejów. Są mistrzowie teatru, którzy potrafią złowić kilku naraz, i to bez użycia lupy, tacy są spostrzegawczy. Jeśli słowa Szczepkowskiej dla pana oznaczają początek „polowania na gejów”, znak to czytelny, że panu się po prostu wszystko z polowaniem kojarzy.
Zmieniam temat, ale towarzystwo to samo. Niedawno, wobec obnażającej brak wychowania i kultury akcji wciągania Wójciakowej z Teatru Ósmego Dna z powrotem na fotel jego dekrektorki, apelowałem do szeroko pojmowanej lewicy o to, by dokonała nareszcie zbiorowego coming outu, przyznając, że tak towarzysz Jaruzelski, jak towarzysz Kiszczak, a także cała nowa fala lewicy to jedno wielkie homoimperium rozkoszy.
I oto obserwujemy już mniej lub bardziej zabawne przepychanki na lewicy, na której prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak się kończy jego szorstka przyjaźń z drugim mężczyzną, a Józef Oleksy kaleczy się, gdy tylko otwiera usta, taki jest ostry. Podczas przepychanek tych, głównie między „żelaznym kanclerzem” z Łodzi i „dziadem proszalnym” z Biłgoraja, wyszło niedawno na jaw, kto tak naprawdę pozostaje najważniejszą postacią tego środowiska. Nie młody zdolny Aleksander Kwaśniewski, nie moralny karzełek Urban, ale ten sam, co zawsze, odmieniony nieco wiekiem, ale wciąż rozdający karty i obcinający paluszki za ich dotknięcie bez pozwolenia – towarzysz generał Wojciech Jaruzelski, herbu „Honor Michnika”.
To do niego uderzyły tuzy, czy też tenorzy lewicy tak nowoczesnej, jak nowoczesne jest eksponowanie gołych pośladków na środku miasta, gdy spełniają się marzenia Seweryna Blumsztajna. Okazuje się, że za mundurem i panowie sznurem. Ale za to jakim mundurem, ileż tam odznaczeń i orderów - Order Rewolucji Październikowej, Order Czerwonego Sztandaru, medal Żukowa, order Gwiazdy Socjalistycznej Republiki Rumunii ze Wstęgą I klasy, Medal 50-lecia Sił Zbrojnych ZSRR, Medal 60-lecia Sił Zbrojnych ZSRR, Medal 70-lecia Sił Zbrojnych ZSRR, Medal 50-lecia Zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945, Medal 60-lecia Zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945, dwa Ordery Lenina... I co, wszystko to ma się teraz zmarnować? Tak psu na budę? Niedoczekanie nasze. „Wojciech Jaruzelski przyznał, że widzi we mnie przyszłego lidera polskiej lewicy” – cieszy się Janusz Palikot. Co mówi nam ta generalska recenzja i reakcją na nią? Po pierwsze – Jaruzelski widzi przyszłego lidera lewicy w polityku lub, jak twierdzi wielu nawet po stronie rządowej, podróbce polityka, która do tej pory wsławiła się tylko jednym - wyjątkowo ohydnym chamstwem. Jak najdalej od wartości, jak najdalej od polskości – oto, zdaniem wojskowego dyktatora, ideał przyszłego lidera lewicy. Ale z drugiej strony – ileż nam to mówi o nieśmiertelnie komunistycznej, sowieckiej w najgorszym znaczeniu tego słowa, mentalności Jaruzelskiego. Niczego nie zrozumiał ani z przewrotu w 1989 roku, ani z faktu, że Polacy wybrali „Solidarność” zamiast komunistycznego apartheidu, w który socjalizm pod jego rządami na powrót się przepoczwarzał.
Ale dziś, w wolnej podobno Polsce, kolejne media, kolejni dziennikarze, eksperci i politycy próbują nas przekonywać, że generał w ciemnych okularach to bohater i autor pokojowej rewolucji, po drugie jest już stary i nie ma co go karać za ewentualne zbrodnie. Wizyty liderów lewicy na dywaniku u Jaruzelskiego, a także eksplozja radości Palikota z bycia następcą człowieka, który wypuścił na ulice czołgi przeciw własnym rodakom, to wszystko dowodzi, że ostatniego dyktatora komuny skazać w III RP po prostu nie chciano. Być może po to właśnie, by móc mu teraz stawiać pomniki „starego lewicowa”, pod które z kwiatami przychodzić będą jego nowe, lewicowe dzieci.
Mnie to osobiście nie przeszkadza, bo mi specjalnie na renomie nowej lewicy nie zależy, a coś, co jest budowane na chamstwie, chamski także powinno mieć koniec. Ale żal serce ściska, kiedy człowiek widzi, jak wciągają w to wszystko Aleksandra Kwaśniewskiego. A on wciąż tylko to swoje „kak eto, kak eto?” i próbuje rozbierać szanse lewicy na czynniki pierwsze. A tego, jak wiadomo, biez wodki nie razbierjosz.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/155246-filipinczyk-kanclerz-dziad-i-brzytwa-na-dywaniku-u-ostatniego-dyktatora-komuny
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.