Kilka dni temu Lech Wałęsa, komentując rozwój wydarzeń wokół śledztwa smoleńskiego, w tym żądanie powołania międzynarodowej komisji śledczej, stwierdził:
Co tu można więcej wyjaśnić, absurdy na absurdach, absurdami poparte. Jeśli zdenerwują stronę rosyjską i oni ujawnią rozmowy telefoniczne, no to zobaczymy, jak ci ludzie będą wyglądać. Ja się dziwię, że Putin i inni jeszcze nie wkurzył się i nie pokazał prawdę o tym, kto jest sprawcą i jak to się naprawdę stało.
Wałęsę wzywającego bratnią pomoc potraktowano nieco anegdotycznie. Ot, kolejny greps lekko egzotycznej maskotki salonu przyozdobionej noblem i "legendą".
Niesłusznie jednak. Lech Wałęsa - chyba nieświadomie - doprowadził do logicznego końca stanowisko, które po cichu - a czasem i trochę głośniej - podzielają polskie władze i duża część polskiego establishmentu. Stanowisko (nie tyle faktograficzne, co postulatywne), które da się sprowadzić do prostego twierdzenia: winni są Polacy, przede wszystkim piloci, niewykluczone, że sam Lech Kaczyński, a wszelkie "ponadnormatywne" dociekanie prawdy to pieniactwo. Ponieważ takie samo zdanie ma Kreml, to logicznie patrząc, Rosjanie są sojusznikami, z którymi wspólnie należy utrzymywać spokój w Warszawie.
Oczywiście, publicznie nikt Moskwy na pomoc w sytuacjach krytycznych nie wzywa, bo nie wypada. Ale też nikt niczego od Moskwy nie wymaga, o jakimkolwiek wyrywaniu prawdy już nie wspominając.
W sumie Moskwa to sojusznik, tak teoretyczny, jak i faktyczny, polskich władz w utrzymaniu - opartego na jawnym fałszu - status quo. W jakimś sensie to układ, w którym władze w Warszawie są zakładnikami Moskwy, bo przecież Moskwa może Smoleńskiem zmieść Tuska, jeśli zechce w jednej chwili, a Tusk Moskwie wiele zrobić nie może, bo sam by poległ.
Ale w słowach Wałęsy jest coś więcej. Jest w nich ukryta teza, że tak naprawdę z Moskwą o prawdę w sprawie 10/04 zmagają się nie polskie władze i polskie instytucje, ale wyłącznie Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, ich polityczne zaplecze, grupka dziennikarzy oraz kilka milionów Polaków. Po jednej stronie konfederacja smoleńska, po drugiej - razem Moskwa i władze w Warszawie.
To teza bezdyskusyjnie prawdziwa. Bo niemal wszystkiego, czego dowiedzieliśmy się w sprawie Smoleńska, dowiedzieliśmy się wbrew albo pomimo państwa, a nie dzięki niemu, ewentualnie dzięki uczciwym jednostkom wewnątrz instytucji.
Słowa Wałęsy są objawem niepokoju, że obrońcom makowsko-millerowskiej scenografii kryjącej faktyczny przebieg wydarzeń pozostała już tylko naga przemoc, oparta na gigantycznej przewadze instytucjonalnej. Innym może się wydawać, że to bardzo wiele, ale Wałęsa wie, że to jednocześnie bardzo mało. Dlatego, korzystając ze swojej niezaprzeczalnie autentycznej intuicji politycznej, wzywa on Moskwę na pomoc.
Czy Moskwa z pomocą pospieszy? Nie sądzę. Jest w jej interesie podtrzymywanie tego, co jest - a więc sytuacji, w której rząd z niepokojem, niepewnością ale i z nadzieją patrzy na Wschód. Z powodów oczywistych.
My dziś z nadzieją patrzymy na Krakowskie Przedmieście. Że jednak Polacy przyjdą 10 kwietnia. Że Ty, Ty i Ty przyjdziecie.
Przychodzenie - a nie tylko klikanie - wciąż ma swoją wagę.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/129915-lech-walesa-ma-racje-front-w-sprawie-smolenska-nie-przebiega-i-nigdy-nie-przebiegal-miedzy-panstwami
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.