Nasz dziennikarski Wickham rozwija się nam coraz piękniej. Zwłaszcza w sferze intelektu. Ostatnio w tekście rozpoczynającym jego urzędowanie (czy aby na pewno długie?) w piśmie nominalnie amerykańskim, Wickham określił swojego polemistę mianem "pałkarza z brukowca, mentalnego żula i bęcwała" - czym pośrednio udzielił rozgrzeszenia wszystkim chcącym użyć choćby identycznych określeń wobec niego samego.
Prawdziwy Wickham został w końcu zdekonspirowany. Nasz Wickham wciąż jeszcze zwodzi otoczenie, wciąż czaruje. Wciąż są chętni wierzyć, że te wszystkie przygody i zwody to problem jego byłych pracodawców, a nie jego. Choć przecież to Wickham nosi ze sobą kłopoty. Teraz przyniósł portal, do którego transferowane są treści pisma, choć pismo kapitałowo nie jest z nim związane. I ponoć być nie chce. Bo gdyby było - podwładny byłby wspólnikiem przełożonego, co znów generuje problemy (pomijając, że zanosi się na najpiękniejszą i najdroższą katastrofę w historii polskiego internetu). Tak, Wickham to urodzony troublemaker. Ma to w genach jak skorpion kąsanie. Pozostaje tylko czekać. Ciąg dalszy nastąpi.
W sumie przydałby się nam jakiś współczesny Nekanda-Trepka. Połaziłby, i ustaliłby, czy Wickham rzeczywiście był w tej prawdziwej Ameryce, czy też może tylko w tej podolsztyńskiej Ameryce, z całym szacunkiem dla tej sympatycznej miejscowości.
Bo przecież gdyby Wickham naprawdę był w Ameryce, tej prawdziwej, to wiedziałby, że Amerykanie patriotów, zwłaszcza tych, którzy zginęli, a może i polegli na służbie ojczyźnie, szanują niesłychanie. Schylają głowy, wywieszają flagi, grają hymn. I sam Wickham pewnie schyliłby głowę na Ground Zero bez żadnego ale.
Ale u nas Wickham nie tylko głowy nie schyla, ale i plwa na polskich patriotów, którzy zginęli, a może i polegli na służbie. I to tuż przed drugą rocznicą ich śmierci, usiłując zranić boleśnie tak rodziny, jak i wielu polskich patriotów. Co więcej, plwa sięgając po materiał cokolwiek nieświeży, w jakiejś mierze kradziony, trefny.
Może Wickham zwyczajnie nie rozumie, co robi? To możliwe. Ścigany przez wewnętrznego Nekandę Trepkę Wickham zaciera tropy prawdziwego ja tak mocno, jak się tylko da, nie żałując pieniędzy i wysiłku. Ale to tylko pogarsza sprawę. Fitzwilliam Darcy swoje wie, a Wickham wie, że Fitzwilliam Darcy wie, kim on jest naprawdę. Tego typu awans, do wartości wyższych, w pierwszym pokoleniu udaje się niezwykle rzadko. Tego nie można kupić nawet za 92 tys. za odcinek.
Więc Wickham może tylko biec do przodu, ile sił. Niby po sukces, ale tak naprawdę uciekając przed sobą. Biegnąc sprawia, że choć przez chwilę nie czuje niepokoju, choć przez chwilę sam zapomina, kim jest w środku. Bo Wickham też wie. Niestety, wie również, że zmienić się już nie zmieni. I tym bardziej nienawidzi Fitzwilliama Darcy'ego i jemu podobnych. Za to, że są, jacy są.
Dlatego sięga po przemoc. Dlatego wyzywa.
Przy okazji traci czujność w ukrywaniu się przed Nekandą Trepką. Publicznie i głośno puszcza powietrze, ("mentalny żul i bęcwał"), wyciera smarki w rękaw, sam przerzuca obornik w obejściu.
I potem napisze jakiś Nekanda Trepka w jakimś Liber generationis plebeanorum: "Wickham spod amerykańskiej wieży długo za polskiego szlachcica się podawał, ale smarki w rękaw wycierał, czym pochodzenie marne zdradził".
Czy jakoś tak.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/129863-czy-on-naprawde-byl-w-tej-ameryce-moze-byl-jedynie-w-tej-podolsztynskiej-ameryce-bo-tak-to-wyglada
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.