Właściwie od samego początku polski akredytowany przy MAK spełniał rolę jego rzecznika

opublikowano: 9 lutego, 21:03 | ostatnia zmiana: 9 lutego, 21:11

PAP/Paweł Supernak

Płk. Edmund Klich, były już przewodniczący Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych "jest zadowolony" ze swojej dymisji. Powiedział dziennikarzom, że najprawdopodobniej w niedługim czasie sam by zrezygnował, bo "nie da się pracować w takim środowisku". Na czele komisji stał od 2006 r.

Dlaczego ta dymisja nastąpiła właśnie teraz? Niemal dokładnie rok temu, płk. Klicha próbowano odwołać po raz pierwszy. 13 na 15 członków PKBWL zarzucało mu m.in., że w wyniku jego biernej postawy w raporcie MAK nie uwzględniono wielu wniosków strony polskiej. Członkowie komisji zarzucali mu również nieudolność, brak profesjonalizmu oraz brak skuteczności.

Minister transportu, któremu podlega PKBWL może odwołać szefa komisji na wniosek jej członków, przyjęty bezwzględną większością głosów. Minister Cezary Grabarczyk odrzucił zeszłoroczny wniosek komisji, bo jak dzisiaj słyszymy, liczył na "zażegnanie konfliktowej sytuacji". Problem polega na tym, że zarzuty, stawiane wówczas płk. Klichowi  nie dotyczyły stylu sprawowania przez niego funkcji przewodniczącego. We wniosku członków komisji pojawiły się zarzuty najcięższego kalibru, dyskwalifikujące go jako szefa tej instytucji Zresztą opinii publicznej i mediom znane już były dziwne i nieprofesjonalne zachowania płk. Klicha.

Właściwie od samego początku polski akredytowany przy MAK spełniał rolę jego rzecznika. Już sam fakt pojawienia się płk. Klicha w Ministerstwie Infrastruktury, po tym jak otrzymał telefon od wiceszefa MAK Aleksieja Morozowa z Moskwy, powinien uruchomić działanie kontrwywiadu. Kiedy dzisiaj słyszę, że minister spraw wewnętrznych zleca podległym sobie służbom sprawdzenie Klicha, to ręce mi opadają.

Czy chcę przez to powiedzieć, że płk. Klich działa w interesie Rosjan albo jest ich agentem. Nie mam na to żadnych dowodów, są tylko poszlaki. Takie, jak podtrzymanie rosyjskiej wersji o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie pomimo nowych badań, które to wykluczają.

Jedno wiem na pewno, tak groteskowa postać nie powinna pełnić tak odpowiedzialnej funkcji. A tym bardziej nie powinna być jedynym akredytowanym przy rosyjskim MAK.

Ale to nie wszystko. Bowiem wyjaśnienia domaga się rola i odpowiedzialność płk. Klicha w podsunięciu premierowi Donaldowi Tuskowi załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, która stała się podstawą badania katastrofy TU-154M.

Należy zatem ostatecznie rozstrzygnąć, czy działanie płk. Klicha było tylko wynikiem mieszanki egocentryzmu, bufonady i nieprofesjonalizmu, czy też stoi za tym coś więcej. Dzisiaj można powiedzieć na pewno tyle, że Klich nie działał zgodnie z polskim interesem. Pytanie, czyje interesy realizował?

Czy teraz jego dymisja sprawi, że zaczną wychodzić na jaw różne nagrania i nowe informacje o kulisach badań katastrofy smoleńskiej. Możemy być tego pewni. Klich - jak sam mówił - prowadził dziennik i zapowiadał publikację książki, która ma pokazać wszystko tak, jak było naprawdę.

Nie przybliży nas do prawdy o samej katastrofie, ale na pewno wiele powie o głównych aktorach tragifarsy, jaką wyreżyserowali nam Rosjanie 10 kwietnia 2010 r.

Zainteresował Cię artykuł?

tagi: Artur Bazak Donald Tusk Edmund Klich katastrofa smoleńska MAK

Komentarzy: 16

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Kłamstwo Smoleńskie się kruszy i bolszewicy zaczynają się bać!

Zgłoś nadużycie

Opadają mi nie tylko ręce ale i szczęka jak słyszę dywagowanie; czy to Klich podsunął Tuskowi zastosowanie 13 art. konwencji. Już samo dopuszczenie myśli że premierem, państwem i międzynarodową współpracą po katastrofie tysiąclecia może manipulować jakiś oficer szkolony w PRL-u, o podejrzanej kondycji moralnej, musi budzić zgrozę u uczciwych. Armia z pułkownikami jak Przybył czy Klich to tragifarsa, klęska.

Zgłoś nadużycie

Niestety Polactwo zamienia Peło na Paligłupa.Szkoda

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

miejmy nadzieję że to początek

Zgłoś nadużycie

Boję się, że do publikacji książki E.Klicha nie dojdzie. Zachoruje on na rosyjską chorobę zwaną samobójstwem.

Zgłoś nadużycie

masz racje w 100%.taki niestety durny naród-rozpacz

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Pierwsze pytanie jakie nasuwa się właściwie natychmiast to po co Rosjanie brali na siebie takie brzemię jak prowadzenie śledztwa smoleńskiego, dlaczego nie chcieli powołania międzynarodowej komisji. Byliby w niej na pewno fachowcy, a sami Rosjanie mogliby oddać się bigosowaniu w rezydencji rezydenta w Ruskiej Budzie. Rosjanie nie byli w stanie dokonać poprawnych obliczeń w przedziale od 0 do 4. Podali że Tu-154 podchodził do lądowania 4 razy. W praktyce zaś ani razu. Nie potrafili prawidłowo podać godziny katastrofy w/g nich 8:56, w praktyce ponad kwadrans wcześniej, do końca byli przekonani, iż Tu 154M 101 jest na kursie i na ścieżce, do tej pory nie zdołali odnaleźć rejestratora lotu K3-63, trzech telefonów satelitarnych* i – bagatela – 120 foteli z przedziału dla pasa żerów, omyłkowo źle rozmicścili radiolatarnie, nie dali rady zmierzyć średnicy brzozy – podają, że 30-40 cm, ani wysokości, na której została złamana 6-7 m (mieli sztukowany centymetr krawiecki stąd błąd dopuszczalny 1 m), nie umieli ani odczytać czarnych skrzynek (nie usłyszeli ODCHODZIMY kapitana, nie majora Protasiuka), ani przegrać ich zawartości – brakowało ostatnich 17 sekund i ponagrywały się rzeczy niemające nic wspólnego z lotem z 10.04.2010, nie wiedzieli że żarówki oświetlające pas należy wkręcać przed lądowaniem, a nie po. Nie potrafili przeprowadzić sekcji zwłok – w tym co podali na temat Zbigniewa Wassermana zgadza się imię i nazwisko. Rosjanie nie mieli pojęcia, że wrak samolotu jako istotny dowód powinien zostać zabezpieczony do rekonstrukcji. Myśleli, że standardową procedurą przy badaniu katastrofy lotniczej jest niszczenie dowodów, w tym wraku i zaoranie, a następnie zabetonowanie miejsca zdarzenia. Rosjanie twierdzili że lot o symbolu PFL 101-1-M jest lotem cywilnym, a nie wojskowym, a przecież litera M oznacza Military. Nie wiedzieli, że mają z Polską porozumienie z 1993 roku, nie wiedzieli też, że konwencja chicagowska nie ma zastosowania w przypadku katastrof samolotów państwowych. Nie wiedzieli, że Tupolew ma bardzo mocne skrzydła i raczej skosi pół lasu niż straci kawałek skrzydła na rachitycznej brzozie. Nie wiedzieli, że gdyby ten fragment skrzydła istotnie odpadł bo podpiłował je Graś to nie poleciałby on 111 m skręcając z lewej strony ścieżki samolotu na prawą. Nie wiedzieli, że samolot tracąc ok. 6 metrów skrzydła nie mógłby wznieść się do góry i obrócić na grzbiet. Nic nie wiedzieli na temat pilotów, a natychmiast orzekli, że katastrofa jest wynikiem ich błędu i nieznajomości języka rosyjskiego. Nie wiedzieli, że Arkadiusz Protasiuk to najlepszy pilot w 36 pułku świetnie władający rosyjskim. Nie wiedzieli, że ważąca 78.6 tony maszyna spadając na miękkie podłoże nie mogła rozlecieć się na milion kawałków, ponadto zostawiłaby krater głęboki na wiele metrów.

Zgłoś nadużycie

ten tekst powinien zostac przekazany <Donaldu Tusku>, bo to jest znakomita kwintesencja - pozal sie Boze - sledztwa smolenskiego. Nie musialby sie biedaczysko przedzierac przez tony bla-bla-bzdur, ktorymi raczą go jego lizudupy, a ciekawaby była ew. riposta.

Zgłoś nadużycie

podoba mi sie ostatnie zdanie ze maszyna nie rozpadla by sie na wiele kawalkow! powiedz na podstawie jakich badan tak twierdzisz?

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Rosjanie jeszcze przed katastrofa mieli wszystko zaplanowane i zalacznik 13 i wszystkie dezinformacje, ktore ukazywaly sie w kilka minut po katastrofie. Przeciez Sikorski kilka minut po katastrofie juz wiedzial o przyczynach katastrofy, a premier Tusk pedzil, wyprzedzal Jaroslawa Kaczynskiego zeby wpasc w objecia Putina. Samolot w kawaleczkach, ludzie porozrywani w drobne czastki, nie do zdentifikowania, trzeba bylo DNA aby rozpoznac ciala. To byl zamach na polskich patriotow.

Zgłoś nadużycie

Wszystko, także wybór Klicha było zaplanowane. Nic nie było z przypadku. To nie była zwykła katastrofa lotnicza. Po co to zdziwienie?

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Groteskowa postac? To karykatura eksperta i patrioty.W dodatku sowicie oplacana przez podatnikow. Nie tylko rece opadaja.

Zgłoś nadużycie

Nie tylko przez podatników, lecz również z tego samego źródła, z którego korzystał Leszek Miler aby stworzyć SLD.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Arcykomuch, anything you say goes. Odpowiedz krótko, wiadomo prezydent spóźnił się na lot do Smoleńska, w związku z czym piloci lecieli jak wariaci, olewali czerwone światła (jasne, jak nie wylądujemy to nas zabij...) wyprzedzali na podwójnej linii + debeściaki lub czasopisma - to prawda, pure truth and nothing but the truth. To jest jasne. Nie wymaga dowodów. Jest jednak sprawa delikatna. Lądowali. Zgadzam się, że twierdzenie iż na stu metrach podjęli dcyzję ODCHODZIMY to fantastyczna teoria spiskowa dziejów. Zatem lądowali. Najlepszy pilot w historii 36 pułku Arkadiusz Protasiuk - tak ten sam, który tymże samym samolotem przeleciał z Haiti do Polski z zepsutym autopilotem, tym razem dał ciała, omsknął się, popełnił błąd, nieprecyzyjnie wykonał przyziemienie. I co? Jakieś konsekwencje? A w życiu! Tylko samolot schodząc z pasa na wysokości 11 metrów rozleciał się na milion kawałków i od razu było wiadomo, że все погuбли. Czy to zawsze jest przy błędzie pilota, a chyba nie mógł być duży skoro Arkadiusz Protasiuk był pilotem klasy mistrzowskiej, że błąd skutkuje taką hekatombą. Nie tak dawno pilot Wrona, Wrona Wroną ale do Protasiuka to byłoby mu trochę daleko, wylądował na betonie Boeingiem 767 wagi 86 953 kg + 230 pasażerów z zamkniętym podwoziem gdy tymczsem (Tu-154M 101 55.300 kg + 96 pasażerów) prowadzony przez najlepszego pilota rozpieprzył się w drobny MAK. Arcykomch, dawaj, dawaj.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

Arcykomuch, anything you say goes. Odpowiedz krótko, wiadomo prezydent spóźnił się na lot do Smoleńska, w związku z czym piloci lecieli jak wariaci, olewali czerwone światła (jasne, jak nie wylądujemy to nas zabij...) wyprzedzali na podwójnej linii + debeściaki lub czasopisma - to prawda, pure truth and nothing but the truth. To jest jasne. Nie wymaga dowodów. Jest jednak sprawa delikatna. Lądowali. Zgadzam się, że twierdzenie iż na stu metrach podjęli dcyzję ODCHODZIMY to fantastyczna teoria spiskowa dziejów. Zatem lądowali. Najlepszy pilot w historii 36 pułku Arkadiusz Protasiuk - tak ten sam, który tymże samym samolotem przeleciał z Haiti do Polski z zepsutym autopilotem, tym razem dał ciała, omsknął się, popełnił błąd, nieprecyzyjnie wykonał przyziemienie. I co? Jakieś konsekwencje? A w życiu! Tylko samolot schodząc z pasa na wysokości 11 metrów rozleciał się na milion kawałków i od razu było wiadomo, że все погuбли. Czy to zawsze jest przy błędzie pilota, a chyba nie mógł być duży skoro Arkadiusz Protasiuk był pilotem klasy mistrzowskiej, że błąd skutkuje taką hekatombą. Nie tak dawno pilot Wrona, Wrona Wroną ale do Protasiuka to byłoby mu trochę daleko, wylądował na betonie Boeingiem 767 wagi 86 953 kg + 230 pasażerów z zamkniętym podwoziem gdy tymczsem (Tu-154M 101 55.300 kg + 96 pasażerów) prowadzony przez najlepszego pilota rozpieprzył się w drobny MAK. Arcykomch, dawaj, dawaj.

Odpowiedz Zgłoś nadużycie

"...Jedno wiem na pewno, tak groteskowa postać nie powinna pełnić tak odpowiedzialnej funkcji..." pełna zgoda,,ale ta opinia dotyczy również niejakiego ,a to jest możliwe tylko w Polsce Tuska - generała Janickiego, naczelnego BORowca.

Najnowsze