Nie ma nic przyjemnego w tym, że jako poseł opozycji, co rusz zmuszony jestem wytykać partactwa ekipy rządowej Donalda Tuska. Nie jest to przyjemne, ponieważ każdy z tych nieprofesjonalnych kroków oznacza realną stratę dla Polski, a ja mogę się tylko temu przyglądać z zaciśniętymi ustami i apelować do premiera, żeby zaczął słuchać opozycji, przynajmniej w sprawach europejskich, albo najlepiej oddał nam jak najszybciej władzę. Inaczej dalsze brnięcie w obecnym stanie trwale usadowi nas w grupie państw bez znaczenia w Unii Europejskiej.
Nie inaczej jest z traktatem fiskalnym, czyli Traktatem o Stabilności, Koordynacji i Zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej, wynegocjowanym w poniedziałek w Brukseli. Po tym jak opadła zasłona dymna (dość zresztą wątła) propagandy o sukcesie negocjacyjnym rządu, który rzucił Sarkozym o podłogę i zmusił dumną Francję do uległości, aż jeden z komentatorów bliskich rządowi zaczął straszyć „odwetem Francji”, przyszedł czas na przeczytanie tekstu owego traktatu. I wtedy każdemu rozgarniętemu czytelnikowi włos musiał zjeżyć się na głowie. Traktat fiskalny nie dość, że nic nam nie gwarantuje, to jeszcze jest wewnętrznie sprzeczny więc nie wiadomo, co tak naprawdę postanowiono!
Na trzy rzeczy warto zwrócić uwagę:
Po pierwsze, w porównaniu z poprzednimi wersjami, dopisano rzeczywiście możliwość spotykania się państw-sygnatariuszy w formule szerszej niż państwa strefy euro (tzw. Euro Szczyty), ale użyto zupełnie innej formuły językowej (państwa euro spotykają się by dyskutować, państwa poza euro „uczestniczą w dyskusji” tych pierwszych i jednocześnie prawo decyzyjne zachowują wyłącznie państwa euro);
Po drugie, wykonywaniem postanowień Euro Szczytów i przygotowywaniem tych posiedzeń ma zająć się EuroGrupa czyli ministrowie finansów państw strefy euro – nie będzie więc nas przy stole ani przed ani po posiedzeniach;
Po trzecie, nie zmieniono przepisów przejściowych (art. 14), które mówią, że artykuł 12, który opisuje kwestie Euro Szczytów dotyczy wyłącznie państw euro a – i tutaj wielki znak zapytania – sam Traktat zaś ma dotyczyć państw spoza strefy euro, tylko po wejściu do tej strefy, albo gdy same zadecydują o przyjęciu na siebie obowiązków z części III i IV (czyli m.in. poddania swoich budżetów nadzorowi i wytycznym Komisji Europejskiej, możliwości bycia postawionym przez inne państwo przed Trybunał za łamanie dyscypliny budżetowej, czy też uzgadnianie w innymi krajami i Komisją planów emisji obligacji – generalnie chodzi o istotne uszczuplenie suwerenności gospodarczej); nie jest jasne, czy po przyjęciu na siebie tych zobowiązań stajemy się pełnoprawnym państwem-sygnatariuszem (to znaczy dotyczy to też części V mówiącej o Euro Szczytach, czy tylko chodzi o obowiązki z części III i IV) .
W efekcie mamy sytuację, w której może się okazać, że traktat prawnie nie dopuszcza organizacji Euro Szczytu w innej formule niż tylko w gronie państw strefy euro, a jeśli je dopuszcza to tylko pod warunkiem, że przyjmiemy na siebie obowiązki związane z ograniczeniem suwerenności i na dodatek nawet jeśli traktat dopuszcza taką formułę, to i tak zasiadać będziemy w drugim rzędzie na tych obradach, bo będziemy „uczestniczyć w ich dyskusjach”.
Stąd rodzi się pytanie: po co Donald Tusk zgodził się przystąpić do traktatu?
Możliwe są cztery racjonalne odpowiedzi (i cała masa nieracjonalnych, ale o tych zbyt przykro pisać):
1. Stan finansów publicznych jest tak zły, że premier wie, że będzie musiał prosić o wsparcie w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności lub innego programu pomocowego, a to będzie możliwe – zgodnie z traktatem – tylko dla państw-sygnatariuszy;
2. Premier wie, że nic mu się nie udało wywalczyć, a sam pakt to tylko obowiązki bez praw i nie ma zamiaru ratyfikować traktatu, ale winę za to wobec przyjaciół w Europie zrzuci na opozycję i sam będzie odgrywał dalej rolę „wzorowego Europejczyka” z przyszłością;
3. Premier został postraszony, że ceną za jakiekolwiek szanse na uratowanie choćby części z 300 mld w przyszłym budżecie Unii, które obiecał Polakom w kampanii, jest podpisanie traktatu i poddanie się jego rygorom;
4. Premier potrzebuje bata europejskiego dla przeprowadzenia reform w Polsce, bo sam jest na to zbyt słaby.
Wygląda więc na to, że niekompetentna ekipa wynegocjowała iluzję w dodatku wewnętrznie sprzeczną, z niejasnego powodu wiążąc się szkodliwymi dla Polski zapisami i tylko skutki mogą być realne i zablokują nasz rozwój wypychając nas na margines poważnej polityki. Panie premierze, to chyba już równia pochyła…
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/126383-traktat-fiskalny-nie-dosc-ze-nic-nam-nie-gwarantuje-to-jeszcze-jest-wewnetrznie-sprzeczny
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.