Ewentualny oscarowy sukces filmu Agnieszki Holland „W ciemności” byłby z pewnością wielkim osobistym osiągnięciem reżyserki, niestety nie stworzyłby jednocześnie szansy na przybliżenie światowemu odbiorcy skomplikowanej historii polskich Kresów w czasie II wojny światowej i przełamanie tradycyjnych stereotypów w opisie relacji polsko-żydowskich.
Co gorsza, film ten – poprzez fakt, iż nie wychodzi poza tradycyjny schemat filmowego obrazowania Zagłady (co m.in. zarzucał mu także recenzent „New York Timesa”) – pogłębia te stereotypy. I to jest największa słabość dzieła Holland, słabość tym bardziej wyrazista, że sama historia, która stała się kanwą filmu i miejsce, w którym się rozgrywa – Lwów, są tak niezwykłe i wymykające się uproszczeniom, że mogły posłużyć właśnie jako pretekst do wyłamania się schematowi i powiedzenia czegoś odkrywczego.
Mój krytyczny osąd wobec filmu „W ciemności” (który wreszcie miałem okazję obejrzeć, nadrabiając kinowe zaległości), dotyczy przede wszystkim czterech elementów:
Po pierwsze, film karmi się schematem o naturalnym niejako i oczywistym związku między katolicyzmem i antysemityzmem (co nawet wielu zagranicznym recenzentom pozwala na zabawny – poniekąd – opis głównego bohatera jako „katolickiego pracownika lwowskich kanałów” (sic!)), dodatkowo połączonym z wielokrotnie już eksploatowanym „grypsem”, jak to katolicy dziwią się, że Jezus był Żydem – to już prawie żenada;
Po drugie, film powiela schemat Polaków – antysemitów, dla których pierwotnym impulsem skłaniającym ich do pomocy Żydom mogła być co najwyżej chęć zysku ale z pewnością nie odruch ludzkiej solidarności; co gorsze film ten z dumą przez samych twórców, ale i w większości zagranicznych recenzji, jest zestawiany z „Listą Schindlera” a jego główny bohater – Socha z samym Schindlerem; to bardzo krzywdzące zestawienie, wszak Schindler był Niemcem i okupantem, którego naród chciał wymordować Żydów, a Socha jest Polakiem - powielanie takiego myślenia prowadzi odbiorcę do przekonania, że w gruncie rzeczy Niemcy i Polacy na równi chcieli Holocaustu i się do niego przyczyniali – jedynie w tym zbrodniczym tłumie narodowym istniały wyjątki; w tym zestawieniu Schindler – „dobry Niemiec” i tak wypada lepiej od Sochy „dobrego Polaka”, bo ten drugi jest prymitywniejszy kulturowo i prawie do końca łapczywy na pieniądze, a przy tym można odnieść wrażenie, że niewiele ryzykuje w porównaniu do bohaterstwa Schindlera;
Po trzecie, i to jest mój największy zarzut, film w swej narracji całkowicie abstrahuje od miejsca wydarzeń, czyli okupowanego Lwowa; jasne jest, że skupia się na krótkiej (14-miesięcznej) historii Żydów przebywających w kanałach po likwidacji lwowskiego getta aż do ponownego wkroczenia Armii Radzieckiej, ale w ten sposób czyni kontekst miejsca tych wydarzeń całkowicie irrelewantnym – taka historia mogłaby mieć miejsce w Radomiu, Krakowie czy Kaliszu – w tym sensie, że miasto Lwów pokazane jest tak, jakby okupacja zaczęła się w nim wraz z wkroczeniem nazistów i zakończyła wyzwoleniem w 1945 roku; tymczasem Lwów 1941 był miastem krwawiącym po dwuletniej okupacji radzieckiej, wyniszczonym rządami bolszewików, które znacznie zresztą skomplikowały relacje polsko-żydowskie, jako że spora część miejscowych Żydów stanęła po stronie czerwonych rządów; było to miasto po masowych wywózkach na Sybir i po zniszczeniu żywotnej tkanki społecznej; film Holland tego nie pokazuje, wręcz odwrotnie miasto w roku 1944 zdaje się żyć w miarę normalnie, ale co gorsza film nie wspomina ani słowem, że wkroczenie Armii Czerwonej w 1945 oznaczało de facto dobicie tego miasta, jego ostateczne pogrzebanie i przekreślenie 500 letniej historii perły urbanistycznej i kulturowej, jednego z najwspanialszym centrów cywilizacji, jakie istniały na ziemiach polskich – w filmie Holland rok 1945 to wspaniałe zdjęcia odzyskanej wolności, radosnych ludzi, uśmiechnięty twarzy i zadbanych mieszkańców przechadzających się po ulicach; dziwnym trafem jednak nikt z bohaterów filmu (o czym mówi napis na końcu) w „wolnym Lwowie” jakoś nie został, wszyscy wyjechali do Izraela, Stanów albo w inne miejsca świata, dlaczego? Dlatego, że Lwów po 1945 stał się piekłem dla wszystkich, którzy stanowili jego społeczny rdzeń przed wojną;
I na koniec – nie wiem, po co reżyserce potrzebny był charakterystyczny napis na końcu filmu, że podczas pogrzebu tragicznie zmarłego głównego bohatera (zginął niedługo po wojnie pod kołami ciężarówki radzieckiej) ktoś miał powiedzieć, że :to kara boska za pomoc Żydom” i moralizatorski komentarz odautorski, że „nie potrzebujemy angażować Boga do nienawiści między ludźmi”?
Jako lwowiak po kądzieli (moja Mama zdążyła się urodzić pod sam koniec wojny jeszcze w polskim, choć okupowanym Lwowie) z przykrością oglądnąłem ten film, z przykrością też słuchałem mowy lwowskiej odgrywanej przez aktorów (wiem, że się starali, ale to zawsze brzmieć będzie sztucznie, jak góralska gwara w wydaniu ludzi „z Polski”). Pamiętam jeszcze jak po lwowsku mówili moi Dziadkowie i nie był to język kanalarskiej gwary, tylko język piękny – literacki, wysmakowany i melodyjny.
Lwów i jego historia, jak wiele - zbyt wiele – tematów z polskiej historii i polskiej tożsamości czekają na zainteresowanie polskich twórców kina; nie wiem, czy kiedyś ktoś spojrzy w tę stronę, na razie poruszamy się w ciemności.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/126213-lwow-i-jego-historia-czekaja-na-zainteresowanie-polskich-tworcow-kina-na-razie-poruszamy-sie-w-ciemnosci
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.