Wynik tych wyborów jest dużą porażką dla szeroko rozumianej prawicy w Polsce

PAP
PAP

Wynik tych wyborów jest dużą porażką dla szeroko rozumianej prawicy w Polsce. Już zaczyna się szukanie winnych. Jedni będą dowodzić, że PiS przegrał z powodu zbyt łagodnej kampanii, inni, że z powodu zbyt ostrej końcówki albo braku debaty z Tuskiem, jeszcze inni, że przyczyną byli ‘zdrajcy’ z PJN. Jakikolwiek jest tego powód, to prawda jest jedna: PiS zwyczajnie nie dotarło do innych wyborców niż swoi. Tak jak nie dotarło (w swojej lidze, zachowując odpowiednie proporcje) PJN czy KNP. PiS jest zablokowany, inne partie ledwo zipią. Przyczyna? Może jest tak, że o poważnych sprawach da się dyskutować tylko na poważnie, bez specjalnych ‘narracji’, bez tanich chwytów piarowskich i bez sztuczek wizerunkowych. Może. A może po prostu brakuje po prawej stronie ludzi i pomysłów na to jak poważne sprawy opakować w łatwiej przyswajalne opakowanie.

Przyswajalne opakowanie, którego nie zabrakło Platformie, dla pewności podpartej Palikotem. Te dwie partie zdobyły ponad połowę głosów wśród najmłodszej grupy wiekowej (18-25 lat). Jeszcze mocniejsze wyniki podaje Centrum Edukacji Obywatelskiej, które przeprowadziło akcję „Młodzi głosują”. I tak wśród uczniów szkół ponadgimnazjalnych – Ruch Poparcia zdobył ponad 36%, najwięcej spośród wszystkich partii.

Potraktowali oni (a może my, w końcu sam reprezentuję to pokolenie) politykę jako śmieszny happening, który dobrze ilustruje plakat ‘zrób kawał proboszczowi – zagłosuj na Palikota’ i założona jeszcze w trakcie ogłaszania wyników grupa na facebooku ‘Boję się Budapesztu w Warszawie’. Wiem o czym mówię, bo zwolennicy Palikota są także wśród moich rówieśników, kolegów ze studiów, ale także z Żylety czy nawet – o, ironio! – z kościoła. Potrafią rano zagłosować na partię Palikota, a wieczorem iść do komunii.

Żeby nie było – to nie pretensje czy malkontenctwo, to opis rzeczywistości.  Bo głównym problemem jest brak powiązania  tego, że polityka oddziałuje bezpośrednio i pośrednio w nasze życie. Telewizja i media sprowadziły wybór partii i polityka do czegoś w rodzaju wyboru ulubionego klubu piłkarskiego albo kabaretu. Owszem, sporo jest w tym zasługi po stronie polityków, którzy partie traktują właśnie jak sportowe kluby. To przecież z ust samego premiera dało się słyszeć marzenie o ‘politycznej Barcelonie’.  Nawet Ci, którzy zaangażowali się i obejrzeli kilka telewizyjnych debat albo konferencji – wyszli z niczym. Nie ma co ukrywać – polityków dziś ocenia się przez pryzmat przebicia, swobodnej mowy, szybkich ripost i chwytliwych haseł, a nie programów, idei i pomysłów. Można się na to zżymać, próbować to złamać albo po prostu zagrać w tę grę.

Przebolałbym to, że prawica nie potrafi w nią grać, że nie dociera do młodych ze swoją wizją państwa i polityki. Ale przeboleć nie mogę fenomenu Palikota, którego już teraz Piotr Pacewicz bierze pod swoje skrzydła i cieszy się, że ‘Palikot nam się udał’. Pacewicz triumfuje, że udało się wprowadzić do Sejmu człowieka, dzięki któremu Wiejska będzie ‘weselsza, ciekawsza, żywsza’, cytuje przesyłane z nim smsy, jest podekscytowany jego osobą. Jak ręką odjął zniknęły jego chamstwo i warcholstwo. Czy jest w stanie stać się polskim Zapatero? Lewacką narrację już przyjął. Na nic więcej nie pozwoli mu układ sił w parlamencie, ale jestem w stanie sobie wyobrazić dyskusję zastępczą – już nie o kibolach, ale na początek o edukacji seksualnej w szkołach, a w końcu o aborcji. Wejście Palikota może być przyczynkiem do większych wojen ideologicznych, które zakończyć się mogą, przy obecnym układzie sił w parlamencie, tylko zliberalizowaniem prawa i pójściem za przykładem Europy. Niekomentowane są jego kadry, które – posługując się językiem Jarosława Gowina – są miejską wersją Samoobrony. Niekomentowane są także-  co ważniejsze – osoby go wspierające i tworzące jego kampanię. Widząc w sztabie Palikota Jerzego Urbana i słysząc oklaski dla niego – miałem odruch wymiotny i nieprzyjemne ciarki na plecach. Ale on jest już traktowany jako zgryźliwy starszy pan, który umie pokazać ‘czarnym’ miejsce w szeregu. To co robił za komuny jest absolutnie nieważne, odległe jak panowanie Krzywoustego, jest historią o której trzeba zapomnieć, z której nie wyciąga się wniosków. Podobnie w przypadku Jaruzelskiego, którego gdzieś tylnymi drzwiami wpuszczono – choćby przy krzywym spojrzeniu premiera Tuska – do Pałacu Prezydenckiego. Dziś na salony wprowadza się Urbana. Kto będzie następny?

I last but not least, choć to temat na głębszą refleksję niż jeden akapit  - wybory to także kolejny przykład tego, że głos Kościoła jest coraz słabszy. Narrację na tematy wiary Kościół oddał – przy biernej postawie konserwatywnych polityków – Palikotowi. Nie było odtrutki, nie było kontrprzekazu, Kościół został zepchnięty do siedzenia cicho. A może sam się zepchnął. Biskup Pieronek już dziś mówi, że wejście Palikota do Sejmu to nie tragedia, że jego ataki na chrześcijaństwo z pewnością ustaną. To może pójdźmy krok dalej, księże biskupie. Sejm będzie żywszy, weselszy i bardziej kolorowy, a to przecież plus. Kościół traci głos – także na własne życzenie. Oprócz lakonicznych listów z Episkopatu i kilku postaci, które można traktować bardziej jako wyjątki od reguły – nie słychać go. A może coraz słabszy Kościół to zwyczajnie efekt laicyzacji? Tak czy owak żadna laicyzacja nie zwalnia Kościoła z odpowiedzialności za dobro państwa i zbawienie (pora sobie przypomnieć takie słowo) jego obywateli. Może trzeba zorganizować wielką krucjatę modlitewną za kraj, może trzeba skończyć z mitem pokolenia JP2, które miało zapatrzone w wizerunek papieża Polaka niejako z rozpędu wejść w koleiny przygotowane przez Wojtyłę. Koleiny może i są, ale pokolenie JP2 stało się bardziej pokoleniem JP, Janusza Palikota. Rok 2012 został ustawiony rokiem ks. Skargi. To może jeden cytat: „Rzecze kto, ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa się i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale aby jej grzechy nie gubiły i wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie nie ginęły.” Za bardzo patetycznie? Ale przynajmniej na serio. Kościele, mów głośniej, jak apeluje Vaclav Klaus. Mów głośniej, bo nas, konserwatystów czekają ciężkie czasy.

Nie ma się co łudzić, że PO będzie nas reprezentować albo że PiS w jego obecnej wersji jest zdolny przełamać dominację Platformy. Wyjścia są dwa: albo nauczyć się i próbować mówić o poważnych sprawach w sposób nowoczesny i ciekawy, zainteresować ludzi polityką i sprawami publicznymi, przejąć inicjatywę w promowanych tematach albo zostać na tym etapie, gdzie jesteśmy. Z XIX-wiecznym stylem prowadzenia polityki, ze smutnymi minami i przekazem, który zawsze odbijać się będzie o medialno-piarowsko-establishmentowy sufit. Sufit, na który zawsze będzie można zwalić winę w razie niepowodzeń. Może faktycznie trzeba po prostu czekać na lepszy wiatr. Ale to chyba za mało.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych